<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Forum Grupy Wsparcia Psychologicznego - Wszystkie działy]]></title>
		<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/</link>
		<description><![CDATA[Forum Grupy Wsparcia Psychologicznego - http://www.psychowsparcie.org/forum]]></description>
		<pubDate>Mon, 06 Feb 2012 23:03:41 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[Czy to jeszcze miłość?]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=970</link>
			<pubDate>Mon, 06 Feb 2012 19:09:51 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=970</guid>
			<description><![CDATA[Witam, <br />
nie mam prawdziwych przyjaciół więc postanowiłam wygadać się tutaj. Mam 20 lat i jestem z chłopakiem od ponad dwóch lat. Od prawie 1,5 roku mieszkamy razem na studiach. Tak było nam łatwiej utrzymać się finansowo w dużym mieście... Od jakiegoś czasu czuję, że się wypalam. Coraz częściej kłócimy się o drobne rzeczy, seks też nie jest fajny, unikam go... w tej chwili jest raz na 2-3 tygodnie. Jestem bardzo młoda a już czuję się jak po kilkunastu latach małżeństwa. Jak wcześniej wspominałam brakuje mi przyjaciół, moje życie kręci się tylko wokół uczelni i domu. Między nami ciągle jest coś nie tak, mało rozmawiamy, nie spędzamy razem czasu oprócz obiadów i wieczorów przed tv. Wiemy o sobie bardzo dużo, nie ma już nic co mnie zaskoczy. Mam wątpliwości czy chcę tak dalej żyć. Jestem bardzo wrażliwa, ostatnio dużo płaczę w samotności, bo nie wiem co robić. Wiem, że kocha mnie ponad życie, że jest w stanie zrobić dla mnie wszystko. Dużo razem przeszliśmy, znamy swoją bliższą i dalszą rodzinę. On też jest bardzo wrażliwy... nigdy nie chciałam go skrzywdzić. Ostatnio mówię mu to co on chce usłyszeć, a nie to co myślę... Boję się, że go zranię. Teraz bardziej ranię siebie, ale nie wiem co będzie, gdy zabraknie go w moim życiu. Czy poradzę sobie sama. Czasem myślę, że chciałabym mieć już dziecko, potem wychodzę ze znajomymi i chcę żyć chwilą. Czuję, że mój partner jest dla mnie tylko jak przyjaciel lub brat... Może się znudziłam, może nie potrafię kochać, bo nikt mnie tego nie nauczył... Nie wiem co robić...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Witam, <br />
nie mam prawdziwych przyjaciół więc postanowiłam wygadać się tutaj. Mam 20 lat i jestem z chłopakiem od ponad dwóch lat. Od prawie 1,5 roku mieszkamy razem na studiach. Tak było nam łatwiej utrzymać się finansowo w dużym mieście... Od jakiegoś czasu czuję, że się wypalam. Coraz częściej kłócimy się o drobne rzeczy, seks też nie jest fajny, unikam go... w tej chwili jest raz na 2-3 tygodnie. Jestem bardzo młoda a już czuję się jak po kilkunastu latach małżeństwa. Jak wcześniej wspominałam brakuje mi przyjaciół, moje życie kręci się tylko wokół uczelni i domu. Między nami ciągle jest coś nie tak, mało rozmawiamy, nie spędzamy razem czasu oprócz obiadów i wieczorów przed tv. Wiemy o sobie bardzo dużo, nie ma już nic co mnie zaskoczy. Mam wątpliwości czy chcę tak dalej żyć. Jestem bardzo wrażliwa, ostatnio dużo płaczę w samotności, bo nie wiem co robić. Wiem, że kocha mnie ponad życie, że jest w stanie zrobić dla mnie wszystko. Dużo razem przeszliśmy, znamy swoją bliższą i dalszą rodzinę. On też jest bardzo wrażliwy... nigdy nie chciałam go skrzywdzić. Ostatnio mówię mu to co on chce usłyszeć, a nie to co myślę... Boję się, że go zranię. Teraz bardziej ranię siebie, ale nie wiem co będzie, gdy zabraknie go w moim życiu. Czy poradzę sobie sama. Czasem myślę, że chciałabym mieć już dziecko, potem wychodzę ze znajomymi i chcę żyć chwilą. Czuję, że mój partner jest dla mnie tylko jak przyjaciel lub brat... Może się znudziłam, może nie potrafię kochać, bo nikt mnie tego nie nauczył... Nie wiem co robić...]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[potrzebuję wsparcia]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=969</link>
			<pubDate>Mon, 06 Feb 2012 10:19:37 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=969</guid>
			<description><![CDATA[Zdecydowałam się do Was napisać ponieważ bardzo potrzebuję rozmowy, wsparcia.<br />
<br />
Moja historia jest długa (tzn. problemy ciągną się nieustannie od kilku lat: rodzinne, finansowe i in.), ale skupię się na tym, co przytłacza mnie tak doszczętnie teraz. Jestem młodą osobą. Właśnie skończyłam studia, niestety humanistyczne. Początkowo z optymizmem podchodziłam do szukania pracy. Mam odbyte praktyki, staż, pracowałam wcześniej w tzw. zawodzie (albo raczej w zawodzie, w którym chciałam szukać pracy). Po 3 miesiącach szukania pracy dostałam… nie do końca tam, gdzie chciałam, ale dostałam… radości nie było końca. Przeprowadziłam się z miasta, w którym studiowałam do tego, w którym przyszło mi teraz żyć (nie jest to moja pierwsza przeprowadzka do Warszawy; wszystkie praktyki staże i ową pracę, mimo że studiowałam dziennie, wykonywałam tutaj). Po miesiącu okazało się, że mobbing to zbyt łagodne słowo na określenie tego, co działo się w owej pracy. Chodziłam maksymalnie zestresowana. Codziennie ryczałam. Nasłuchałam się w pracy jaka to jestem głupia i do niczego nieprzydatna, że nic mi nie wychodzi, że wszystko robię źle... Stresowa atmosfera, brak przerw na „kanapkę” lub zwyczajny oddech – bardzo dużo schudłam, bardzo źle czułam się fizycznie (rozregulowany żołądek, gorączki, dreszcze, uczucie krążącej adrenaliny, brak snu). Po miesiącu nie przedłużyłam umowy. To była moja decyzja. Teraz znów szukam. I znów nie mogę znaleźć. Niby miesiąc się dopiero zaczął, ale dla mnie wszystko ciągnie się tak strasznie powoli. <br />
<br />
Chciałam założyć własną firmę, ale brakuje mi odwagi i wiary w siebie. Wciąż siedzę i płaczę. Niby nie jestem tak do końca sama (choć brakuje mi kontaktu z ludźmi). Mam tu chłopaka, który jednak nie rozumie skąd tyle płaczu. Skąd stres. Skąd to ogólne cierpienie. Dodam, on nie pracuje… nie musi. Robi w życiu to, co lubi – hobby. Ja pracować muszę i chcę. Tak bardzo chcę, że aż nie pojmuję dlaczego nie mogę – dlaczego nic się nie znajduje? Przecież jakoś i gdzieś ludzie pracują. <br />
<br />
Boli mnie to, że przy Nim płakać nie mogę… bo „przecież życie jest piękne”. Potrzebuję płakać przy kimś. Potrzebuję zrozumienia. Mam oszczędności na kolejne 2 miesiące, ale co potem? Ta niepewność, strach – powodują, że nic mi  się nie chce. Żyć mi się nie chce. Tak strasznie nie chce mi się żyć. Brakuje celu. Niby wiem, że jestem potrzebna choćby jednej osobie – mamie. I tylko to mnie trzyma… Ale tak strasznie już nie chcę.<br />
<br />
Błagam, niech ktoś mnie zrozumie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Zdecydowałam się do Was napisać ponieważ bardzo potrzebuję rozmowy, wsparcia.<br />
<br />
Moja historia jest długa (tzn. problemy ciągną się nieustannie od kilku lat: rodzinne, finansowe i in.), ale skupię się na tym, co przytłacza mnie tak doszczętnie teraz. Jestem młodą osobą. Właśnie skończyłam studia, niestety humanistyczne. Początkowo z optymizmem podchodziłam do szukania pracy. Mam odbyte praktyki, staż, pracowałam wcześniej w tzw. zawodzie (albo raczej w zawodzie, w którym chciałam szukać pracy). Po 3 miesiącach szukania pracy dostałam… nie do końca tam, gdzie chciałam, ale dostałam… radości nie było końca. Przeprowadziłam się z miasta, w którym studiowałam do tego, w którym przyszło mi teraz żyć (nie jest to moja pierwsza przeprowadzka do Warszawy; wszystkie praktyki staże i ową pracę, mimo że studiowałam dziennie, wykonywałam tutaj). Po miesiącu okazało się, że mobbing to zbyt łagodne słowo na określenie tego, co działo się w owej pracy. Chodziłam maksymalnie zestresowana. Codziennie ryczałam. Nasłuchałam się w pracy jaka to jestem głupia i do niczego nieprzydatna, że nic mi nie wychodzi, że wszystko robię źle... Stresowa atmosfera, brak przerw na „kanapkę” lub zwyczajny oddech – bardzo dużo schudłam, bardzo źle czułam się fizycznie (rozregulowany żołądek, gorączki, dreszcze, uczucie krążącej adrenaliny, brak snu). Po miesiącu nie przedłużyłam umowy. To była moja decyzja. Teraz znów szukam. I znów nie mogę znaleźć. Niby miesiąc się dopiero zaczął, ale dla mnie wszystko ciągnie się tak strasznie powoli. <br />
<br />
Chciałam założyć własną firmę, ale brakuje mi odwagi i wiary w siebie. Wciąż siedzę i płaczę. Niby nie jestem tak do końca sama (choć brakuje mi kontaktu z ludźmi). Mam tu chłopaka, który jednak nie rozumie skąd tyle płaczu. Skąd stres. Skąd to ogólne cierpienie. Dodam, on nie pracuje… nie musi. Robi w życiu to, co lubi – hobby. Ja pracować muszę i chcę. Tak bardzo chcę, że aż nie pojmuję dlaczego nie mogę – dlaczego nic się nie znajduje? Przecież jakoś i gdzieś ludzie pracują. <br />
<br />
Boli mnie to, że przy Nim płakać nie mogę… bo „przecież życie jest piękne”. Potrzebuję płakać przy kimś. Potrzebuję zrozumienia. Mam oszczędności na kolejne 2 miesiące, ale co potem? Ta niepewność, strach – powodują, że nic mi  się nie chce. Żyć mi się nie chce. Tak strasznie nie chce mi się żyć. Brakuje celu. Niby wiem, że jestem potrzebna choćby jednej osobie – mamie. I tylko to mnie trzyma… Ale tak strasznie już nie chcę.<br />
<br />
Błagam, niech ktoś mnie zrozumie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Jestem alkoholiczka :(]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=968</link>
			<pubDate>Thu, 02 Feb 2012 15:41:41 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=968</guid>
			<description><![CDATA[witam.<br />
Jestem alkoholiczka. I dowiedzialm sie o tym przez przypadek. Miewalam osttnio sny ze pije alkohol i budzilam sie cala roztrzesiona i zlekniona. Poszperalam w internecie i znalazlam- sny alkoholowe. Miewaja alkoholicy ktorzy przestaja pic. Ale co tu ukrywac zawsze lubialam sobie za duzo wypic<img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" />.<br />
Ale od poczatku. Mam na imie Paulina, mam 25 lat 2 malych dzici i.........meza co tez lubi wypic <img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" /><br />
Ja chce z tym skonczyc. Poprostu juz niepic. Ale przychodzi weekend i co tu robic?? piffko do filmu a jak zalapie..... to juz konca nie pamietam , film sie urywa....   (i to nie tylko ten w telewizorze) Moj ojciec alkoholik, tesc tez alkoholik, czyli wypisz wymaluje jacy rodzice takie dzieci <img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" />. Z mezem tak wprost o problemia nie rozmawialam, oboje wiemy ze jest problem, ale unikamy tematu.Leczymy zazwyczaj kaca piciem i w sumie w tygodniu to moze te 2-3 dni nie pijemy. Boje sie ze sie wkoncu stoczymy. Mamy przecierz dzieci. do aa nie pojde. niemam kiedy. maz w pracy, ja siedze z dziecmi. potrezbuje wsparcia nawet takiego E-wsparcia !!]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[witam.<br />
Jestem alkoholiczka. I dowiedzialm sie o tym przez przypadek. Miewalam osttnio sny ze pije alkohol i budzilam sie cala roztrzesiona i zlekniona. Poszperalam w internecie i znalazlam- sny alkoholowe. Miewaja alkoholicy ktorzy przestaja pic. Ale co tu ukrywac zawsze lubialam sobie za duzo wypic<img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" />.<br />
Ale od poczatku. Mam na imie Paulina, mam 25 lat 2 malych dzici i.........meza co tez lubi wypic <img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" /><br />
Ja chce z tym skonczyc. Poprostu juz niepic. Ale przychodzi weekend i co tu robic?? piffko do filmu a jak zalapie..... to juz konca nie pamietam , film sie urywa....   (i to nie tylko ten w telewizorze) Moj ojciec alkoholik, tesc tez alkoholik, czyli wypisz wymaluje jacy rodzice takie dzieci <img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" />. Z mezem tak wprost o problemia nie rozmawialam, oboje wiemy ze jest problem, ale unikamy tematu.Leczymy zazwyczaj kaca piciem i w sumie w tygodniu to moze te 2-3 dni nie pijemy. Boje sie ze sie wkoncu stoczymy. Mamy przecierz dzieci. do aa nie pojde. niemam kiedy. maz w pracy, ja siedze z dziecmi. potrezbuje wsparcia nawet takiego E-wsparcia !!]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[śmierc męża]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=966</link>
			<pubDate>Thu, 02 Feb 2012 00:20:48 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=966</guid>
			<description><![CDATA[19 grudnia 2011 nagle straciłam męża. Zostałam z dwójką dzieci 2 i 8 lat.W pn rano wyjechalismy do pracy i do szkoły, pożegnalismy się jak zwykle, On zadzwonił jeszcze po 8.00 czy zdazyłam do pracy. Po 10 otrzymałam telefon, że mąz zasłabł na ulicy i Go reanimują jak sie okazało bezskutecznie. Pochowałam Go dwa dni przed Wigilią.<br />
Po dwóch tygodniach od śmierci wróciłam do pracy, bo myślałam, że bedzie lepiej zwłaszcza dla dzieci, żeby widziały "normalność", "że nic się nie stało", ale ja nie mogę sie pozbierać. Nakładam "maskę" w pracy i w domu dopóki dzieci nie pójdą spać....a potem zapłakane noce i pytanie DLACZEGO? Czytam teraz ksiazkę "Życie po zyciu" żeby chociaż trochę zrozumieć jak "tam" jest.<br />
Tak strasznie tęsknie za Nim, maz był domatorem, bardzo rodzinny, gotował, piekł ciasta, robił weki, był szczęsliwy że ma mnie i te dzieci, które kochał nad wszystko! Ja długo potrwa ta rozpacz czy to dopiero poczatek? Dla mnie jest coraz gorzej, bo coraz bardziej odczuwam Jego brak. Zatrzymał mi sie czas 19 grudnia 2011 roku...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[19 grudnia 2011 nagle straciłam męża. Zostałam z dwójką dzieci 2 i 8 lat.W pn rano wyjechalismy do pracy i do szkoły, pożegnalismy się jak zwykle, On zadzwonił jeszcze po 8.00 czy zdazyłam do pracy. Po 10 otrzymałam telefon, że mąz zasłabł na ulicy i Go reanimują jak sie okazało bezskutecznie. Pochowałam Go dwa dni przed Wigilią.<br />
Po dwóch tygodniach od śmierci wróciłam do pracy, bo myślałam, że bedzie lepiej zwłaszcza dla dzieci, żeby widziały "normalność", "że nic się nie stało", ale ja nie mogę sie pozbierać. Nakładam "maskę" w pracy i w domu dopóki dzieci nie pójdą spać....a potem zapłakane noce i pytanie DLACZEGO? Czytam teraz ksiazkę "Życie po zyciu" żeby chociaż trochę zrozumieć jak "tam" jest.<br />
Tak strasznie tęsknie za Nim, maz był domatorem, bardzo rodzinny, gotował, piekł ciasta, robił weki, był szczęsliwy że ma mnie i te dzieci, które kochał nad wszystko! Ja długo potrwa ta rozpacz czy to dopiero poczatek? Dla mnie jest coraz gorzej, bo coraz bardziej odczuwam Jego brak. Zatrzymał mi sie czas 19 grudnia 2011 roku...]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Czuję się samotna. Potrzebuję wsparcia.]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=965</link>
			<pubDate>Wed, 01 Feb 2012 19:20:53 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=965</guid>
			<description><![CDATA[Nawet nie wiem od czego zacząć. W zasadzie weszłam na tę stronę przez przypadek i pomyślałam, że to wcale nie taki zły pomysł, żeby coś tu napisać. Od jakiegoś czasu zastawiam się czy nie udać się do psychologa, po prostu bardzo przydało by mi się wsparcie, jakiś rodzaj dobrego słowa. Mam wrażenie że jestem na skraju wytrzymałości. Ciągle się czuję jakbym balansowała pomiędzy stanem opanowania sytuacji a kompletnym brakiem kontroli nad tym co się dzieje.<br />
Ale zaczynając od podstaw.<br />
Jestem studentką z Krakowa, w zasadzie nie "z" Krakowa a "w" Krakowie. Pochodzę z małej miejscowości. Tam się wychowałam i chodziłam do szkoły. Tam miałam bardzo wielu przyjaciół ponieważ jestem osobą bardzo towarzyską. Przede wszystkim dlatego, że moja matka popełniła samobójstwo gdy miałam trzy, może cztery latka. Ojciec był alkoholikiem, siostra schizofreniczką, jedyną normalną osobą w moim domu był brat - który skupiał się na moim wychowaniu za co jestem mu bardzo wdzięczna. Wychowanie ze strony mojego brata miało jeden minus - nie dostrzegał tego co zrobiłam dobrze, zawsze karcił mnie za najdrobniejsze niedociągnięcia, jest perfekcjonistą wiec strasznie trudno mu dogodzić, nigdy nie powiedział mi ze mnie kocha, choć wiem ze tak jest. Z chorą jak już wspomniałam siostrą miałam raczej trudny kontakt, zwłaszcza ze jej leczenie nie było możliwe, ze względu na bardzo wiele faktów, stale miała zły kontakt ze wszystkimi w domu, nie mogliśmy do niej dotrzeć w żaden sposób, traktowała nas jak wrogów i zagrożenie, ojca jak potwora, a mnie jak sługę tego potwora, przez cały okres dorastania nasłuchałam się od niej przeniebożebnie nieprzyjemnych rzeczy, z czym racjonalnie starałam się walczyć i uznawać jej zachowanie za objaw choroby a nie rzeczywisty stosunek do mojej osoby, nastolatce jednak ciężko to rozróżnić. Siostra w końcu uciekła i kontakt z nią się urwał. Dziś wiemy tylko ze nic jej nie jest. Ze względu na powyższe starałam sie jak najwięcej czasu spędzać poza domem z przyjaciółmi. Miałam bardzo wielu znajomych, część była dla mnie jak rodzina, jak brat czy siostra, w ten sposób sprawnie rekompensowałam sobie braki w domu. Nie czułam się jakoś strasznie skrzywdzona przez los przez swoja sytuację. I tak była lepsza niż niejednego innego dzieciaka. Od zawsze w każdym razie podejmowałam decyzje sama za siebie, brat je co najwyżej krytykował, dobrze podjętych nie chwalił, musiała mi wystarczyć aprobata przyjaciół. W okresie studiów licencjackich studiowałam w pobliżu swojego miejsca zamieszkania, w tym czasie stan zdrowia ojca sie pogorszył (a ze brat i ojciec nie żyli w zgodzie) to ja musiałam przemóc swoje żale za brak wychowania, za wybranie kieliszka zamiast córki, i pomóc ojcu, robiłam dla niego wszystko od płacenia rachunków przez sprzątanie po zakupy. Tak minęły trzy lata studiów. Potem miałam wybór - iść na UJ lub zostać na nie tak renomowanej uczelni. Oczywistym było ze bardzo chciałam zrobić coś dla siebie, w końcu w nikt mi nie pomagał w osiągnięciu takiego nazwijmy to "sukcesu". Toteż zdecydowałam sie na studia w Krakowie. Moja kontrola nad poczynaniami ojca zdecydowanie sie zmniejszyła (myślę tu o ilości spożywanego przez niego alkoholu) i jego stan zdrowia sie pogorszył - skrzętnie to jednak przede mną ukrywał, a do domu jeździłam regularnie. Pewnego dnia jednak zostałam po prostu zaskoczona przez brata telefonem, ze ojciec sie źle czuje, że jest w szpitalu i ze jeśli chce go jeszcze zobaczyć to powinnam sie pośpieszyć. Moje widomości o stanie zdrowia ojca zdecydowanie nie zgadzały sie z tymi które właśnie otrzymałam. Jak to? Nie odczułam zagrożenia aż tak, może nie mogłam w to uwierzyć i do autobusu wsiadłam następnego dnia. Jeszcze w drodze na autobus otrzymałam od brata telefon, że nie zdążyłam - ojciec nie żyje. Absolutnie nie mogłam w to uwierzyć, byłam w domu, rozmawiałam z nim kilka dni wcześniej i czuł sie dobrze, może udawał, a teraz nie żyje. Nie zadzwoniłam nawet, nie pożegnałam się, skończyło się tak jakbym to ja była temu winna, że nie zadbałam o niego wystarczająco, skończyło się z poczuciem winy. Podejrzewam nigdy nie odreagowanym. To się stało rok temu, od tego czasu stale o tym myślę i nie wiem, co zrobić żeby sobie wybaczyć, że wybrałam studia zamiast stałej a nie doraźnej opieki nad nim. Na dobrą sprawę nie mam o kim z tym rozmawiać w momencie w którym mnie to dręczy, już wyjaśniam dlaczego. Jak wspomniałam jestem osobą bardzo towarzyską, obecność przyjaciół jest dla mnie bardzo ważna, zawsze zastępowali mi częściowo rodzinę. Jeszcze na studiach licencjackich niektóre przyjaźnie naturalną koleją rzeczy się rozluźniły – inne studia, rzadsze spotkania. Miałam jednak przyjaciół którzy wybrali pracę zamiast studiów byli więc w mojej małej miejscowości zawsze na miejscu. Wybór Krakowa jako miejsca do studiowania wiązał się oczywiście z decyzją pozostawienia przyjaciół na miejscu. Czyli znów rozluźnienia relacji. Na szczęście w Krakowie miałam również dwójkę zaufanych przyjaciół. Jedną dziewczynę ze studiów licencjackich i drugą przyjaciółkę która od pierwszego roku poszła studiować do Krakowa, przez cały czas moich studiów licencjackich jednak utrzymywałyśmy bardzo bliskie stosunki. Nie obawiałam się wiec wyjazdu. Skończyło się tak, że pierwsza z dziewczyn znalazła sobie chłopaka narkomana i wybrała jego zamiast mnie, podczas gdy oznajmiłam że nie może taki człowiek mieszkać z nami, sprowadza swoich kolegów narkomanów, robi mi melinę z mieszkania, nie mogę się uczyć, nie mogę normalnie funkcjonować, obcy ludzie chodzą mi po mieszkaniu za które płace, o 5 rano, o 8 – nigdy nie było wiadomo, może akurat wyjdę z pokoju i spotkam jakiegoś jego kolegę, nie mogłam im ufać, bałam się o swoje rzeczy, robili nieporządek, imprezy, ten „kolega” mieszkał z nami a nie płaci rachunków, dodatkowo bardzo źle traktował moją koleżankę i jawnie jej mówiłam o tym ze mi się to nie podoba. Sytuacja kryzysowa miała miejsce kilka dni po śmierci ojca. Gdy wróciłam do mieszkania w Krakowie, zastałam straszny nieporządek i suszące się pranie tego narkusa (przepraszam za wyrażenie). Nie wytrzymałam – powiedziałam koleżance że ma się wyprowadzić, że sobie go nie życzę w moim życiu. Tak jak wspomniałam zostawiła mnie, stwierdziła ze jestem zawistna, nic nie rozumiem i wyprowadziła się z nim. Oczywiście razem bez mieszkania byli parę tygodni. Wszystko się rozpadło, do mnie dziewczyna się nie odezwała. Teraz podobno ma się dobrze. Żadnych kondolencji ani współczucia związku ze śmiercią swojego ojca od tej dziewczyny nie otrzymałam. Straciłam przyjaciółkę zaraz po ojcu. A właściwie Bogu ducha byłam winna. Drugiej dziewczynie z kolei wysłałam smsa’a że zmarł mój ojciec i że nie odzywałam się do tego czasu bo nie chciałam gadać o Wowie (gra, w którą strasznie wkręciła się dziewczyna, ostatnimi czasy nie dało się z nią gadać o niczym innym, spędzała na niej każdy wolny dzień, nawet zawaliła przez to rok studiów) Przyznaje sms był reakcją na ból jaki mnie do tej pory spotkał, ale nie był aż tak brutalny, nie wyrażał więcej niż to co napisałam. Przyjaciel zareagowałby co najwyżej lekkim oburzeniem Odpowiedz dostałam taką, że co ja sobie nie wyobrażam żeby się tak do niej odzywać, że zajmuje się tylko sobą (ja) i moimi nowopoznanymi fantastycznymi przyjaciółmi (teoretycznie mowa o ludziach których poznałam w Krakowie - zaraz do tego wrócę), że o śmierci ojca wspomniałam jakby to było nieistotne i to w zasadzie tyle. Żadnych kondolencji, żadnego przykro mi, co mogę dla Ciebie zrobić – tylko wypchaj się i spadaj. To była trzecia osoba, którą straciłam w przeciągu tygodnia i nie miałam pojęcia dlaczego to ja wychodzę na winną wszystkiego. Miałam z tego powodu straszny kryzys. Przezwyciężyć pomógł mi go chłopak którego poznałam zaraz po wyprowadzce do Krakowa, trzeciego dnia już mieszkaliśmy razem i tak jest do teraz (prawie półtorej roku) Po przyjeździe do Krakowa i poznaniu tego człowieka bardzo zaangażowałam się w jego świat i poznawanie jego znajomych. To świetni ludzie z którymi mam bardzo dobry kontakt. W śród tych ludzi był brat mojego chłopaka oraz jego dziewczyna – jedyna w towarzystwie poza mną. Bardzo zależało mi na poprawnym kontakcie z tą dziewczyną jako że była potencjalną żoną brata mojego chłopaka. Była też jedyną dziewczyną w towarzystwie jak już wspomniałam. Oczywiście jako jedynej poświęciłam jej całą swoja uwagę jeśli chodzi o nawiązywanie przyjaźni, zaniedbałam przez to próby poznawania jakichkolwiek osób z poza tego środowiska, poczułam się dobrze i bezpiecznie. Niestety brat mojego chłopaka z dziewczyną się rozstali i w ten sposób w gronie moich znajomych w Krakowie od dłuższego czasu są tylko mężczyźni. Uwielbiam ich ale na dłuższą metę jest to bardzo męczące. Jednak pogadać o niektórych sprawach mogę tylko z dziewczynami. Poza tym mam jeszcze chłopaka, ale naturalnym jest że są sprawy na temat naszego związku które gdybym chciała zobaczyć z innej perspektywy niż nasza to musiałabym z kimś o tym pogadać – a dziewczyn brak. Z chłopakami nie mam aż tak dobrego kontaktu. Jeśli zaś chodzi o przyjaciół z mojej miejscowości mamy stały kontakt ale zadki, bardzo dobry, ale kiedy widzi się kogoś raz na dwa trzy tygodnie to nie chce mu się zawracać dupy problemami. Tylko nacieszyć się obecnością.<br />
Z tego wszystkiego koniec historii wsnuwa się taki. Pierwszy raz od bardzo dawna, a raczej od zawsze jestem bez wsparcia przyjaciółek, nie mam od kogo zasięgnąć innego spojrzenia na wiele spraw prywatnych – jest tylko moja perspektywa – nie zawsze właściwa. Od zawsze ze wszystkimi ciężkimi decyzjami musiałam sobie radzić sama i pomimo że mam chłopaka czuje ze jest tak nadal – on pisze prace licencjacką, pracuje, studiuje, chodzi na siłownie, basen, mam wrażenie ze zapomina o tym żeby mnie wspierać. On ma rodzinę która się troszczy i dzwoni, ma brata na miejscu, ma przyjaciół swojej płci, a ja mam tylko jego. Pierwszy raz w swoim życiu jestem emocjonalnie uzależniona od tylko jeden osoby. Nie podoba mi się to wcale. Czasami nie potrafię już rozróżnić czy obarczam go zbyt wieloma sprawami, czy wymagam za dużo czy się czepiam pierdół czy to co mówię autentycznie jest ważne, czy tylko sobie ubzdurałam żeby zwrócić na siebie uwagę, nie mam trzeźwej oceny trzeciej osoby i jestem zagubiona. <br />
Jest jeszcze inna sprawa. Jestem typem organizatora. Jeśli jest jakieś zadanie wymagające udziału innych osób przeważnie jestem osobą która wszystko koordynuje, czuje ostatnio, że ludzie nie doceniają tego typu działania. Czasem patrzę na to co robie i bardzo chciałabym udowodnić im jak wielkie to ma znaczenie. Po prostu przestać działać żeby zobaczyli jak wszystko się posypie bez nadzoru. Ale wiem, że to najgłupsze wyjście. Nie będę też się o podziękowania czy wdzięczność prosić.<br />
Ponadto mam też stany strasznego napięcia bo pisze pracę magisterską, czuję że źle mi idzie a jest to przecież takie ważne, czuje że nikt mnie w tej kwestii nie rozumie i nie wspiera, nie mówi będzie dobrze, dasz rady. Czuje się samotna. <br />
Pierwszy raz w życiu czuję się tak samotna wśród ludzi. Chciałbym żeby ktoś wlazł w moją skórę i odczuł to ile przeżyłam, a jaka mimo to jestem ile osiągnęłam i co robię i ile robię i żeby to docenił. Nie jestem typem osoby który użala się nad sobą. Przeważnie jak coś mi nie gra, to siadam rozmyślam co z tym zrobić i problem rozwiązuję. A teraz jestem zagubiona w sobie. Nie wiem jak się zebrać do kupy. Jak znowu uwierzyć w siebie, jak poznać nowych ludzi, jak wyjaśnić chłopakowi z czym się borykam, jak uzyskać czyjeś uznanie, jak przy tym wszystkim nie być osobą która wymaga ciągłej uwagi. Czasem chciałabym, żeby ktoś pomógł mi w podjęciu jakiejś najprostszej decyzji żebym tylko miała jedną mniej na głowie a z drugiej strony nie chce nikogo obarczać czymś co mogę zrobić sama, zawsze miałam wrażenie że jak czegoś sama nie dopilnuje to nie będzie zrobione tak jak trzeba. Ohhh. Tyle tego we mnie siedzi, że aż nie wiedziałam od czego zacząć a napisałam esej na temat swojego życia.<br />
<hr />
Dołączę do tego jeszcze fakt że jestem bardzo zestresowana tym, że jestem na 5 roku. Musze zdcydować czy iść na studia podyplomowe (ponieważ dostaję rentę za naukę) czy szukać pracy. Ale jak długo można nie pracować tylko sie uczyc?? Jeśli chodzi o poszukiwanie pracy to mam wiele praktyk i wolontariaty ale wiem że nie jest to wystarczajace doświadczenie, poszukiwanie pracy w bardzo niedalekiej przyszłości marwi mnie niesamowicie. Mam watpliwości co do swoich kompetencji - czy aby na pewno wiem wystarczajaco. Tak na prawdę nie wiem co konkretnie w swoim zawodzie chciałabym robić. Jako pedagog resocjalizacji mam też bardzo małe szanse znalezienia zatrudnienia. Nie wiem jak będzie wyglądało moje życie za kilka miesięcy! Musze też zdecydować czy mieszkać tu w Krakowie i czekać aż mój chłopak skończy studia (za dwa lata) czy wrócić i zająć się domem który ojciec pozostawił mi w spadku. Mam wiele dylematów na głowie, moja przyszłosc wdaje mi sie strasznie nie jasna chodź do teraz też nie zawsze miałam wszystko ułożone, ale zawsze w jakis sposób klarowne.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nawet nie wiem od czego zacząć. W zasadzie weszłam na tę stronę przez przypadek i pomyślałam, że to wcale nie taki zły pomysł, żeby coś tu napisać. Od jakiegoś czasu zastawiam się czy nie udać się do psychologa, po prostu bardzo przydało by mi się wsparcie, jakiś rodzaj dobrego słowa. Mam wrażenie że jestem na skraju wytrzymałości. Ciągle się czuję jakbym balansowała pomiędzy stanem opanowania sytuacji a kompletnym brakiem kontroli nad tym co się dzieje.<br />
Ale zaczynając od podstaw.<br />
Jestem studentką z Krakowa, w zasadzie nie "z" Krakowa a "w" Krakowie. Pochodzę z małej miejscowości. Tam się wychowałam i chodziłam do szkoły. Tam miałam bardzo wielu przyjaciół ponieważ jestem osobą bardzo towarzyską. Przede wszystkim dlatego, że moja matka popełniła samobójstwo gdy miałam trzy, może cztery latka. Ojciec był alkoholikiem, siostra schizofreniczką, jedyną normalną osobą w moim domu był brat - który skupiał się na moim wychowaniu za co jestem mu bardzo wdzięczna. Wychowanie ze strony mojego brata miało jeden minus - nie dostrzegał tego co zrobiłam dobrze, zawsze karcił mnie za najdrobniejsze niedociągnięcia, jest perfekcjonistą wiec strasznie trudno mu dogodzić, nigdy nie powiedział mi ze mnie kocha, choć wiem ze tak jest. Z chorą jak już wspomniałam siostrą miałam raczej trudny kontakt, zwłaszcza ze jej leczenie nie było możliwe, ze względu na bardzo wiele faktów, stale miała zły kontakt ze wszystkimi w domu, nie mogliśmy do niej dotrzeć w żaden sposób, traktowała nas jak wrogów i zagrożenie, ojca jak potwora, a mnie jak sługę tego potwora, przez cały okres dorastania nasłuchałam się od niej przeniebożebnie nieprzyjemnych rzeczy, z czym racjonalnie starałam się walczyć i uznawać jej zachowanie za objaw choroby a nie rzeczywisty stosunek do mojej osoby, nastolatce jednak ciężko to rozróżnić. Siostra w końcu uciekła i kontakt z nią się urwał. Dziś wiemy tylko ze nic jej nie jest. Ze względu na powyższe starałam sie jak najwięcej czasu spędzać poza domem z przyjaciółmi. Miałam bardzo wielu znajomych, część była dla mnie jak rodzina, jak brat czy siostra, w ten sposób sprawnie rekompensowałam sobie braki w domu. Nie czułam się jakoś strasznie skrzywdzona przez los przez swoja sytuację. I tak była lepsza niż niejednego innego dzieciaka. Od zawsze w każdym razie podejmowałam decyzje sama za siebie, brat je co najwyżej krytykował, dobrze podjętych nie chwalił, musiała mi wystarczyć aprobata przyjaciół. W okresie studiów licencjackich studiowałam w pobliżu swojego miejsca zamieszkania, w tym czasie stan zdrowia ojca sie pogorszył (a ze brat i ojciec nie żyli w zgodzie) to ja musiałam przemóc swoje żale za brak wychowania, za wybranie kieliszka zamiast córki, i pomóc ojcu, robiłam dla niego wszystko od płacenia rachunków przez sprzątanie po zakupy. Tak minęły trzy lata studiów. Potem miałam wybór - iść na UJ lub zostać na nie tak renomowanej uczelni. Oczywistym było ze bardzo chciałam zrobić coś dla siebie, w końcu w nikt mi nie pomagał w osiągnięciu takiego nazwijmy to "sukcesu". Toteż zdecydowałam sie na studia w Krakowie. Moja kontrola nad poczynaniami ojca zdecydowanie sie zmniejszyła (myślę tu o ilości spożywanego przez niego alkoholu) i jego stan zdrowia sie pogorszył - skrzętnie to jednak przede mną ukrywał, a do domu jeździłam regularnie. Pewnego dnia jednak zostałam po prostu zaskoczona przez brata telefonem, ze ojciec sie źle czuje, że jest w szpitalu i ze jeśli chce go jeszcze zobaczyć to powinnam sie pośpieszyć. Moje widomości o stanie zdrowia ojca zdecydowanie nie zgadzały sie z tymi które właśnie otrzymałam. Jak to? Nie odczułam zagrożenia aż tak, może nie mogłam w to uwierzyć i do autobusu wsiadłam następnego dnia. Jeszcze w drodze na autobus otrzymałam od brata telefon, że nie zdążyłam - ojciec nie żyje. Absolutnie nie mogłam w to uwierzyć, byłam w domu, rozmawiałam z nim kilka dni wcześniej i czuł sie dobrze, może udawał, a teraz nie żyje. Nie zadzwoniłam nawet, nie pożegnałam się, skończyło się tak jakbym to ja była temu winna, że nie zadbałam o niego wystarczająco, skończyło się z poczuciem winy. Podejrzewam nigdy nie odreagowanym. To się stało rok temu, od tego czasu stale o tym myślę i nie wiem, co zrobić żeby sobie wybaczyć, że wybrałam studia zamiast stałej a nie doraźnej opieki nad nim. Na dobrą sprawę nie mam o kim z tym rozmawiać w momencie w którym mnie to dręczy, już wyjaśniam dlaczego. Jak wspomniałam jestem osobą bardzo towarzyską, obecność przyjaciół jest dla mnie bardzo ważna, zawsze zastępowali mi częściowo rodzinę. Jeszcze na studiach licencjackich niektóre przyjaźnie naturalną koleją rzeczy się rozluźniły – inne studia, rzadsze spotkania. Miałam jednak przyjaciół którzy wybrali pracę zamiast studiów byli więc w mojej małej miejscowości zawsze na miejscu. Wybór Krakowa jako miejsca do studiowania wiązał się oczywiście z decyzją pozostawienia przyjaciół na miejscu. Czyli znów rozluźnienia relacji. Na szczęście w Krakowie miałam również dwójkę zaufanych przyjaciół. Jedną dziewczynę ze studiów licencjackich i drugą przyjaciółkę która od pierwszego roku poszła studiować do Krakowa, przez cały czas moich studiów licencjackich jednak utrzymywałyśmy bardzo bliskie stosunki. Nie obawiałam się wiec wyjazdu. Skończyło się tak, że pierwsza z dziewczyn znalazła sobie chłopaka narkomana i wybrała jego zamiast mnie, podczas gdy oznajmiłam że nie może taki człowiek mieszkać z nami, sprowadza swoich kolegów narkomanów, robi mi melinę z mieszkania, nie mogę się uczyć, nie mogę normalnie funkcjonować, obcy ludzie chodzą mi po mieszkaniu za które płace, o 5 rano, o 8 – nigdy nie było wiadomo, może akurat wyjdę z pokoju i spotkam jakiegoś jego kolegę, nie mogłam im ufać, bałam się o swoje rzeczy, robili nieporządek, imprezy, ten „kolega” mieszkał z nami a nie płaci rachunków, dodatkowo bardzo źle traktował moją koleżankę i jawnie jej mówiłam o tym ze mi się to nie podoba. Sytuacja kryzysowa miała miejsce kilka dni po śmierci ojca. Gdy wróciłam do mieszkania w Krakowie, zastałam straszny nieporządek i suszące się pranie tego narkusa (przepraszam za wyrażenie). Nie wytrzymałam – powiedziałam koleżance że ma się wyprowadzić, że sobie go nie życzę w moim życiu. Tak jak wspomniałam zostawiła mnie, stwierdziła ze jestem zawistna, nic nie rozumiem i wyprowadziła się z nim. Oczywiście razem bez mieszkania byli parę tygodni. Wszystko się rozpadło, do mnie dziewczyna się nie odezwała. Teraz podobno ma się dobrze. Żadnych kondolencji ani współczucia związku ze śmiercią swojego ojca od tej dziewczyny nie otrzymałam. Straciłam przyjaciółkę zaraz po ojcu. A właściwie Bogu ducha byłam winna. Drugiej dziewczynie z kolei wysłałam smsa’a że zmarł mój ojciec i że nie odzywałam się do tego czasu bo nie chciałam gadać o Wowie (gra, w którą strasznie wkręciła się dziewczyna, ostatnimi czasy nie dało się z nią gadać o niczym innym, spędzała na niej każdy wolny dzień, nawet zawaliła przez to rok studiów) Przyznaje sms był reakcją na ból jaki mnie do tej pory spotkał, ale nie był aż tak brutalny, nie wyrażał więcej niż to co napisałam. Przyjaciel zareagowałby co najwyżej lekkim oburzeniem Odpowiedz dostałam taką, że co ja sobie nie wyobrażam żeby się tak do niej odzywać, że zajmuje się tylko sobą (ja) i moimi nowopoznanymi fantastycznymi przyjaciółmi (teoretycznie mowa o ludziach których poznałam w Krakowie - zaraz do tego wrócę), że o śmierci ojca wspomniałam jakby to było nieistotne i to w zasadzie tyle. Żadnych kondolencji, żadnego przykro mi, co mogę dla Ciebie zrobić – tylko wypchaj się i spadaj. To była trzecia osoba, którą straciłam w przeciągu tygodnia i nie miałam pojęcia dlaczego to ja wychodzę na winną wszystkiego. Miałam z tego powodu straszny kryzys. Przezwyciężyć pomógł mi go chłopak którego poznałam zaraz po wyprowadzce do Krakowa, trzeciego dnia już mieszkaliśmy razem i tak jest do teraz (prawie półtorej roku) Po przyjeździe do Krakowa i poznaniu tego człowieka bardzo zaangażowałam się w jego świat i poznawanie jego znajomych. To świetni ludzie z którymi mam bardzo dobry kontakt. W śród tych ludzi był brat mojego chłopaka oraz jego dziewczyna – jedyna w towarzystwie poza mną. Bardzo zależało mi na poprawnym kontakcie z tą dziewczyną jako że była potencjalną żoną brata mojego chłopaka. Była też jedyną dziewczyną w towarzystwie jak już wspomniałam. Oczywiście jako jedynej poświęciłam jej całą swoja uwagę jeśli chodzi o nawiązywanie przyjaźni, zaniedbałam przez to próby poznawania jakichkolwiek osób z poza tego środowiska, poczułam się dobrze i bezpiecznie. Niestety brat mojego chłopaka z dziewczyną się rozstali i w ten sposób w gronie moich znajomych w Krakowie od dłuższego czasu są tylko mężczyźni. Uwielbiam ich ale na dłuższą metę jest to bardzo męczące. Jednak pogadać o niektórych sprawach mogę tylko z dziewczynami. Poza tym mam jeszcze chłopaka, ale naturalnym jest że są sprawy na temat naszego związku które gdybym chciała zobaczyć z innej perspektywy niż nasza to musiałabym z kimś o tym pogadać – a dziewczyn brak. Z chłopakami nie mam aż tak dobrego kontaktu. Jeśli zaś chodzi o przyjaciół z mojej miejscowości mamy stały kontakt ale zadki, bardzo dobry, ale kiedy widzi się kogoś raz na dwa trzy tygodnie to nie chce mu się zawracać dupy problemami. Tylko nacieszyć się obecnością.<br />
Z tego wszystkiego koniec historii wsnuwa się taki. Pierwszy raz od bardzo dawna, a raczej od zawsze jestem bez wsparcia przyjaciółek, nie mam od kogo zasięgnąć innego spojrzenia na wiele spraw prywatnych – jest tylko moja perspektywa – nie zawsze właściwa. Od zawsze ze wszystkimi ciężkimi decyzjami musiałam sobie radzić sama i pomimo że mam chłopaka czuje ze jest tak nadal – on pisze prace licencjacką, pracuje, studiuje, chodzi na siłownie, basen, mam wrażenie ze zapomina o tym żeby mnie wspierać. On ma rodzinę która się troszczy i dzwoni, ma brata na miejscu, ma przyjaciół swojej płci, a ja mam tylko jego. Pierwszy raz w swoim życiu jestem emocjonalnie uzależniona od tylko jeden osoby. Nie podoba mi się to wcale. Czasami nie potrafię już rozróżnić czy obarczam go zbyt wieloma sprawami, czy wymagam za dużo czy się czepiam pierdół czy to co mówię autentycznie jest ważne, czy tylko sobie ubzdurałam żeby zwrócić na siebie uwagę, nie mam trzeźwej oceny trzeciej osoby i jestem zagubiona. <br />
Jest jeszcze inna sprawa. Jestem typem organizatora. Jeśli jest jakieś zadanie wymagające udziału innych osób przeważnie jestem osobą która wszystko koordynuje, czuje ostatnio, że ludzie nie doceniają tego typu działania. Czasem patrzę na to co robie i bardzo chciałabym udowodnić im jak wielkie to ma znaczenie. Po prostu przestać działać żeby zobaczyli jak wszystko się posypie bez nadzoru. Ale wiem, że to najgłupsze wyjście. Nie będę też się o podziękowania czy wdzięczność prosić.<br />
Ponadto mam też stany strasznego napięcia bo pisze pracę magisterską, czuję że źle mi idzie a jest to przecież takie ważne, czuje że nikt mnie w tej kwestii nie rozumie i nie wspiera, nie mówi będzie dobrze, dasz rady. Czuje się samotna. <br />
Pierwszy raz w życiu czuję się tak samotna wśród ludzi. Chciałbym żeby ktoś wlazł w moją skórę i odczuł to ile przeżyłam, a jaka mimo to jestem ile osiągnęłam i co robię i ile robię i żeby to docenił. Nie jestem typem osoby który użala się nad sobą. Przeważnie jak coś mi nie gra, to siadam rozmyślam co z tym zrobić i problem rozwiązuję. A teraz jestem zagubiona w sobie. Nie wiem jak się zebrać do kupy. Jak znowu uwierzyć w siebie, jak poznać nowych ludzi, jak wyjaśnić chłopakowi z czym się borykam, jak uzyskać czyjeś uznanie, jak przy tym wszystkim nie być osobą która wymaga ciągłej uwagi. Czasem chciałabym, żeby ktoś pomógł mi w podjęciu jakiejś najprostszej decyzji żebym tylko miała jedną mniej na głowie a z drugiej strony nie chce nikogo obarczać czymś co mogę zrobić sama, zawsze miałam wrażenie że jak czegoś sama nie dopilnuje to nie będzie zrobione tak jak trzeba. Ohhh. Tyle tego we mnie siedzi, że aż nie wiedziałam od czego zacząć a napisałam esej na temat swojego życia.<br />
<hr />
Dołączę do tego jeszcze fakt że jestem bardzo zestresowana tym, że jestem na 5 roku. Musze zdcydować czy iść na studia podyplomowe (ponieważ dostaję rentę za naukę) czy szukać pracy. Ale jak długo można nie pracować tylko sie uczyc?? Jeśli chodzi o poszukiwanie pracy to mam wiele praktyk i wolontariaty ale wiem że nie jest to wystarczajace doświadczenie, poszukiwanie pracy w bardzo niedalekiej przyszłości marwi mnie niesamowicie. Mam watpliwości co do swoich kompetencji - czy aby na pewno wiem wystarczajaco. Tak na prawdę nie wiem co konkretnie w swoim zawodzie chciałabym robić. Jako pedagog resocjalizacji mam też bardzo małe szanse znalezienia zatrudnienia. Nie wiem jak będzie wyglądało moje życie za kilka miesięcy! Musze też zdecydować czy mieszkać tu w Krakowie i czekać aż mój chłopak skończy studia (za dwa lata) czy wrócić i zająć się domem który ojciec pozostawił mi w spadku. Mam wiele dylematów na głowie, moja przyszłosc wdaje mi sie strasznie nie jasna chodź do teraz też nie zawsze miałam wszystko ułożone, ale zawsze w jakis sposób klarowne.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[proszę o pomoc... rozmowę ]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=964</link>
			<pubDate>Tue, 31 Jan 2012 17:46:05 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=964</guid>
			<description><![CDATA[Witam.<br />
Proszę o jakąś pomoc... bo sama już nie daję sobie rady moi bliscy się ode mnie odwrócili twierdzą że dramatyzuję i przesadzam nie mam już na nic siły. <img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" /><br />
No więc tak zaczęło się od tego, że poznałam pewnego chłopaka jest on starszy ode mnie o 8 lat. Oczywiście nie w tym problem bo rodzina akceptowała to. Problem jest w tym że pomimo tego, że przez pół roku dogadywaliśmy się świetnie... kochaliśmy się (bynajmniej tak mi się wydawało. Ja go kocham na pewno, ale czy on mnie kocha to już nie wiem <img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" /> ) no i pomimo tego wszystkiego po pół roku kontakt się urwał... nic ani b ani c z jego str... no po prostu koniec... myślałam że tylko przejściowe że pracuje i nie może się odezwać... ale nie... minęły święta on nic sylwester też nic nawet nie odp na sms'a z życzeniami... a ja sama już nie wiem co robić z jednej strony mam ochotę z nim porozmawiać tak szczerze a z drugiej strony coś mnie od środka hamuje bo nie chcę się narzucać...minęły 3 miesiące jak się nie odzywa... ja go kocham. Codziennie płaczę nie umiem się pozbierać czuję się bezradna. Wszystko mi przypomina własnie jego... mam totalną załamkę <img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" /> Miesiąc temu myślałam że nie wytrzymam było tak źle że się samo okaleczałam... po prostu się cięłam... nie wiem co mam robić staram się jakoś pozbierać ale nie potrafię. <br />
Miał może ktoś podobną sytuację ? proszę o jakieś rady, nie wiem o rozmowę <img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" /><br />
z góry dziękuję za odp<br />
Pozdrawiam]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Witam.<br />
Proszę o jakąś pomoc... bo sama już nie daję sobie rady moi bliscy się ode mnie odwrócili twierdzą że dramatyzuję i przesadzam nie mam już na nic siły. <img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" /><br />
No więc tak zaczęło się od tego, że poznałam pewnego chłopaka jest on starszy ode mnie o 8 lat. Oczywiście nie w tym problem bo rodzina akceptowała to. Problem jest w tym że pomimo tego, że przez pół roku dogadywaliśmy się świetnie... kochaliśmy się (bynajmniej tak mi się wydawało. Ja go kocham na pewno, ale czy on mnie kocha to już nie wiem <img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" /> ) no i pomimo tego wszystkiego po pół roku kontakt się urwał... nic ani b ani c z jego str... no po prostu koniec... myślałam że tylko przejściowe że pracuje i nie może się odezwać... ale nie... minęły święta on nic sylwester też nic nawet nie odp na sms'a z życzeniami... a ja sama już nie wiem co robić z jednej strony mam ochotę z nim porozmawiać tak szczerze a z drugiej strony coś mnie od środka hamuje bo nie chcę się narzucać...minęły 3 miesiące jak się nie odzywa... ja go kocham. Codziennie płaczę nie umiem się pozbierać czuję się bezradna. Wszystko mi przypomina własnie jego... mam totalną załamkę <img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" /> Miesiąc temu myślałam że nie wytrzymam było tak źle że się samo okaleczałam... po prostu się cięłam... nie wiem co mam robić staram się jakoś pozbierać ale nie potrafię. <br />
Miał może ktoś podobną sytuację ? proszę o jakieś rady, nie wiem o rozmowę <img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" /><br />
z góry dziękuję za odp<br />
Pozdrawiam]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Ja, mój chłopak i jego była dziewczyna]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=963</link>
			<pubDate>Tue, 31 Jan 2012 17:41:49 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=963</guid>
			<description><![CDATA[Witam<br />
Piszę do Was ponieważ mam problem , z którym borykam się osobiście od prawie półtora roku. Problem dotyczy mojego związku i przyjaźni mojego chłopaka z jego byłą dziewczyną, z którą był trzy lata , ich związek się rozpadł, drogi się rozeszły a według mnie problem istnieje, ale od początku. Poznałam mojego chłopaka przez internet na jednym z portali randkowych i od tamtej pory jesteśmy ze sobą do dzisiaj. W trakcie naszej znajomości okazało się , że mój chłopak spotyka się ze swoją byłą dziewczyną . Nie ukrywał tego przede mną i zawsze mi o tym mówił , że ma zamiar się z nią spotkać. Zaznaczam, że propozycje spotkań wychodziły zawsze od jego byłej dziewczyny, on sam nie proponował spotkań. Mi te spotkania przeszkadzały. Spotykali się zawsze sami i ja nigdy nie brałam udziału w tego typu spotkaniach i nie otrzymałam żadnej propozycji, żebym była obecna przy nich. Często ona też prosiła go o przysługi np. opieki nad jej zwierzętami, pomocy w zakupie sprzętu komputerowego, czy po prostu były to propozycje wypadu na rower czy wyjścia na piwo czy wspólny obiad. Ja popadałam w coraz większa paranoje, że ona ingeruje w nasz związek, że nie może dać mojemu chłopakowi spokoju, że ciągle chce się spotykać i robi to do dzisiaj. Nie brała pod uwagę mojego niezadowolenia chociaż dobrze o tym wiedziała,że mi się to nie podoba. W zeszłym roku wyjechała za granicę w bardzo daleką i długą podróż. Teraz przyjechała na jakiś czas i zadzwoniła do mojego faceta, żeby się z nim spotkać, ja prawdę mówiąc wprosiłam się na to spotkanie, mój chłopak nie zaprzeczył i chce , żebym z nim poszła. W sumie to już sama nie wiem co mam zrobić czy dać sobie spokój i zaakceptować tę znajomość czy walczyć z nią i dać jej dobitnie do zrozumienia, że mam dosyć nagabywania mojego faceta, wydzwaniania i spotykania się z nim. Ja i mój chłopak mieliśmy wiele rozmów, kłótni , wiele razy tłumaczyłam mu, że nie zgadzam się z tym , że mi się to nie podoba i nie toleruje tego typu jej zachowań. On twierdzi, ze nie zrezygnuje ze znajomości i swoich przyjaciół - ona jego zdaniem jest jego przyjaciółką. Wręcz zarzuca mi fobie , że ona mi zabierze mojego faceta. Ja w tym wszystkim się gubię i mam wrażenie jak bym walczyła z przysłowiowymi wiatrakami. Moja złość, nerwy, kłótnie psują nasze relacje, on twierdzi , że ja mu zabraniam, że go terroryzuje, że mu zakazuje i nakazuje co on ma robić , a ja? No właśnie, tego jak ja się czuję w tej całej sytuacji mój chłopak nie chce zrozumieć. Często już jestem tak zrezygnowana , że mam ochotę zakończyć to wszystko i dać sobie spokój. Jednak wiem, że zranię w ten sposób i siebie i jego. Można by pomyśleć , skoro chcesz cierpieć to cierp i albo to zaakceptuję albo zakończę taką znajomość. Jednak wybór według mnie nie jest prosty. W grę wchodzą  uczucia, przeżyty wspólnie czas. Dodam na koniec , ze mój chłopak planuje zakup mieszkania i chce żebym z nim zamieszkała i wiodła wspólne życie a co za tym idzie ślub , dzieci, rodzina - czyli to czego zawsze chciałam i o czym marzyłam. Jednak ten "drobny" wątek z przeszłości mojego chłopaka , który misternie wplata się w naszą rzeczywistość i wkracza w nasz związek mnie demotywuje , że nam się uda, że ja to zniosę. Acha, na koniec dodam, że mój chłopak żąda ode mnie żebym coś z tym zrobiła, padła propozycja z jego strony, żebym poszła z tym do psychologa skoro nie potrafię sama sobie poradzić, jak zapytałam dlaczego ja sama mam sobie z tym poradzić skoro jesteśmy w związku on i ja i może wspólnie pójdziemy na terapię psychologiczną to się zgodził, jednak do terapii nie doszło. Jestem zmęczona, nie czuję się szczęśliwa, czuję się osaczona przez tą całą sytuację i kompletnie niezrozumiana przez mojego chłopaka. Moim zdaniem to ja powinnam być na pierwszym miejscu i dobro naszego związku powinno być najważniejsze. Pomóżcie proszę może ktoś z Was miał podobny problem i znalazł wyjście z sytuacji. Czekam na odpowiedź i liczę na pomoc. Z góry dziękuję i pozdrawiam wszystkich.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Witam<br />
Piszę do Was ponieważ mam problem , z którym borykam się osobiście od prawie półtora roku. Problem dotyczy mojego związku i przyjaźni mojego chłopaka z jego byłą dziewczyną, z którą był trzy lata , ich związek się rozpadł, drogi się rozeszły a według mnie problem istnieje, ale od początku. Poznałam mojego chłopaka przez internet na jednym z portali randkowych i od tamtej pory jesteśmy ze sobą do dzisiaj. W trakcie naszej znajomości okazało się , że mój chłopak spotyka się ze swoją byłą dziewczyną . Nie ukrywał tego przede mną i zawsze mi o tym mówił , że ma zamiar się z nią spotkać. Zaznaczam, że propozycje spotkań wychodziły zawsze od jego byłej dziewczyny, on sam nie proponował spotkań. Mi te spotkania przeszkadzały. Spotykali się zawsze sami i ja nigdy nie brałam udziału w tego typu spotkaniach i nie otrzymałam żadnej propozycji, żebym była obecna przy nich. Często ona też prosiła go o przysługi np. opieki nad jej zwierzętami, pomocy w zakupie sprzętu komputerowego, czy po prostu były to propozycje wypadu na rower czy wyjścia na piwo czy wspólny obiad. Ja popadałam w coraz większa paranoje, że ona ingeruje w nasz związek, że nie może dać mojemu chłopakowi spokoju, że ciągle chce się spotykać i robi to do dzisiaj. Nie brała pod uwagę mojego niezadowolenia chociaż dobrze o tym wiedziała,że mi się to nie podoba. W zeszłym roku wyjechała za granicę w bardzo daleką i długą podróż. Teraz przyjechała na jakiś czas i zadzwoniła do mojego faceta, żeby się z nim spotkać, ja prawdę mówiąc wprosiłam się na to spotkanie, mój chłopak nie zaprzeczył i chce , żebym z nim poszła. W sumie to już sama nie wiem co mam zrobić czy dać sobie spokój i zaakceptować tę znajomość czy walczyć z nią i dać jej dobitnie do zrozumienia, że mam dosyć nagabywania mojego faceta, wydzwaniania i spotykania się z nim. Ja i mój chłopak mieliśmy wiele rozmów, kłótni , wiele razy tłumaczyłam mu, że nie zgadzam się z tym , że mi się to nie podoba i nie toleruje tego typu jej zachowań. On twierdzi, ze nie zrezygnuje ze znajomości i swoich przyjaciół - ona jego zdaniem jest jego przyjaciółką. Wręcz zarzuca mi fobie , że ona mi zabierze mojego faceta. Ja w tym wszystkim się gubię i mam wrażenie jak bym walczyła z przysłowiowymi wiatrakami. Moja złość, nerwy, kłótnie psują nasze relacje, on twierdzi , że ja mu zabraniam, że go terroryzuje, że mu zakazuje i nakazuje co on ma robić , a ja? No właśnie, tego jak ja się czuję w tej całej sytuacji mój chłopak nie chce zrozumieć. Często już jestem tak zrezygnowana , że mam ochotę zakończyć to wszystko i dać sobie spokój. Jednak wiem, że zranię w ten sposób i siebie i jego. Można by pomyśleć , skoro chcesz cierpieć to cierp i albo to zaakceptuję albo zakończę taką znajomość. Jednak wybór według mnie nie jest prosty. W grę wchodzą  uczucia, przeżyty wspólnie czas. Dodam na koniec , ze mój chłopak planuje zakup mieszkania i chce żebym z nim zamieszkała i wiodła wspólne życie a co za tym idzie ślub , dzieci, rodzina - czyli to czego zawsze chciałam i o czym marzyłam. Jednak ten "drobny" wątek z przeszłości mojego chłopaka , który misternie wplata się w naszą rzeczywistość i wkracza w nasz związek mnie demotywuje , że nam się uda, że ja to zniosę. Acha, na koniec dodam, że mój chłopak żąda ode mnie żebym coś z tym zrobiła, padła propozycja z jego strony, żebym poszła z tym do psychologa skoro nie potrafię sama sobie poradzić, jak zapytałam dlaczego ja sama mam sobie z tym poradzić skoro jesteśmy w związku on i ja i może wspólnie pójdziemy na terapię psychologiczną to się zgodził, jednak do terapii nie doszło. Jestem zmęczona, nie czuję się szczęśliwa, czuję się osaczona przez tą całą sytuację i kompletnie niezrozumiana przez mojego chłopaka. Moim zdaniem to ja powinnam być na pierwszym miejscu i dobro naszego związku powinno być najważniejsze. Pomóżcie proszę może ktoś z Was miał podobny problem i znalazł wyjście z sytuacji. Czekam na odpowiedź i liczę na pomoc. Z góry dziękuję i pozdrawiam wszystkich.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Potrzebująca pomocy ...]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=961</link>
			<pubDate>Wed, 25 Jan 2012 21:30:21 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=961</guid>
			<description><![CDATA[Potrzebuje pomocy, boję się , że z braku siły do walki zrobię sobie coś złego a mam syna 4 letniego więc powinnam mieć dla kogo żyć prawda?<br />
Jest tu jakiś specjalista?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Potrzebuje pomocy, boję się , że z braku siły do walki zrobię sobie coś złego a mam syna 4 letniego więc powinnam mieć dla kogo żyć prawda?<br />
Jest tu jakiś specjalista?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Mój chłopak ma dziecko :/]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=960</link>
			<pubDate>Tue, 24 Jan 2012 17:11:36 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=960</guid>
			<description><![CDATA[Nie wiem od czego zaczac, wiec napisze wprost... niby nie byliśmy razem, bo nie chciałam, bo mu nie ufałam, bo uważałam, że nie ma sensu wchodzić po raz kolejny w relację z nim (mamy za sobą historię ponad 10 letnią), ale spotykalismy się gdy było mi wygodnie, on mnie wspierał wszelką pomocą, dobrym słowem, gestem itp, wyznawał miłość, od czasu do czasu przydarzał się seks<br />
kilka dni temu odkryłam, że on został ojcem i choć wydaje się to absurdalne dotkneło mnie to potwornie i sprawiło wręcz fizyczny ból! Nie umiem sobie z tym poradzić i nie wiem tak naprawdę co mnie męczy <img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" /><br />
-przez cały czas zapewniał mnie, że mnie kocha, robił rzeczy w kierunku zamieszkania razem<br />
-przez cały czas odmawiałam, myślę, że podejrzewałam, że coś jest nie tak, albo nie chciałam tego widzieć<br />
-nie wydaje mi się, aby w grę z mojej stronyw chodziła miłość<br />
dlatego tym bardziej nei wiem czemu cierpię? dlaczego boli mnie tak potwornie, że mnie okłamywał? co mogę zrobić, aby pozwolić temu odejść, odpuścić? skąd tak intensywna reakcja, moje emocje i wręcz fizyczny ból?<br />
w zyciu nie uwierzyłabym, że mnie dotknie to, że on sobie ułozył zycie, a dotkneło<br />
<br />
rozpisywałam emocje na kartke, plusy i minusy i jestem pewna, ze nie chciałam i nie chce byc z nim na codzien, wiec dlaczego tak boli? może ktoś mi podpowie?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nie wiem od czego zaczac, wiec napisze wprost... niby nie byliśmy razem, bo nie chciałam, bo mu nie ufałam, bo uważałam, że nie ma sensu wchodzić po raz kolejny w relację z nim (mamy za sobą historię ponad 10 letnią), ale spotykalismy się gdy było mi wygodnie, on mnie wspierał wszelką pomocą, dobrym słowem, gestem itp, wyznawał miłość, od czasu do czasu przydarzał się seks<br />
kilka dni temu odkryłam, że on został ojcem i choć wydaje się to absurdalne dotkneło mnie to potwornie i sprawiło wręcz fizyczny ból! Nie umiem sobie z tym poradzić i nie wiem tak naprawdę co mnie męczy <img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" /><br />
-przez cały czas zapewniał mnie, że mnie kocha, robił rzeczy w kierunku zamieszkania razem<br />
-przez cały czas odmawiałam, myślę, że podejrzewałam, że coś jest nie tak, albo nie chciałam tego widzieć<br />
-nie wydaje mi się, aby w grę z mojej stronyw chodziła miłość<br />
dlatego tym bardziej nei wiem czemu cierpię? dlaczego boli mnie tak potwornie, że mnie okłamywał? co mogę zrobić, aby pozwolić temu odejść, odpuścić? skąd tak intensywna reakcja, moje emocje i wręcz fizyczny ból?<br />
w zyciu nie uwierzyłabym, że mnie dotknie to, że on sobie ułozył zycie, a dotkneło<br />
<br />
rozpisywałam emocje na kartke, plusy i minusy i jestem pewna, ze nie chciałam i nie chce byc z nim na codzien, wiec dlaczego tak boli? może ktoś mi podpowie?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[boje sie isc do pracy!!!]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=958</link>
			<pubDate>Sun, 22 Jan 2012 22:34:20 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=958</guid>
			<description><![CDATA[Nie mam siły rano wstawac do pracy. Boje sie isc do pracy. ciagłę docinki oszczerstwa traktowanie mnie jak powietrze w pracy mnie wykańcza nie mam siły.Nie wiem co mam robic rozwarzałam urlop bezpłatny taki dłuższy zwolnienie sie z pracy tez jednym słowem ucieczka.  co we mnie lub ze mna nie tak ze tak jestem traktowana przez współpracowników bo tródno nazwac mi ich kolezankami i kolegami z pracy.;(]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nie mam siły rano wstawac do pracy. Boje sie isc do pracy. ciagłę docinki oszczerstwa traktowanie mnie jak powietrze w pracy mnie wykańcza nie mam siły.Nie wiem co mam robic rozwarzałam urlop bezpłatny taki dłuższy zwolnienie sie z pracy tez jednym słowem ucieczka.  co we mnie lub ze mna nie tak ze tak jestem traktowana przez współpracowników bo tródno nazwac mi ich kolezankami i kolegami z pracy.;(]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[eh...moja siostra]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=957</link>
			<pubDate>Sun, 22 Jan 2012 19:20:03 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=957</guid>
			<description><![CDATA[Witam! <br />
Mam 17 lat i od około dwóch lat toczy się mój horror, nieustanna walka z moją siostrą, ze mną samą. Wszystko zaczęło się od juvenile, imprez... wtedy zaczęły się straszne awantury, wywołane przez moja siostrę, nie raz przez nią płakałam, nienawidziłam tego życia. Zawsze znalazła powód do kłótni, a to chciała wyjść, a to pieniądze, a to komuś ubliżyła.  Myśli przez ten okres miałam przeróżne, tak samobójstwo najprostsza droga, jednak to nie jest rozwiązanie, na pewno także bym nie znalazła w sobie tyle odwagi na taki czyn, również nie chciałbym zostawiać moich rodziców. Wiem, że bardzo mnie kochają, starają się jak mogą, ale... ona niszczy wszystkich i wszytko. Jest tak bardzo arogancka, wulgarna, nie zważa na nic, na nikogo, jednak jeszcze trochę boi się ojca. Chociaż tylko wtedy, gdy jest trzeźwa... tak, ostatnio okazuje się, ze lubi sobie wypić. To było pewnego wieczoru, siedziałam u siebie w pokoju, otworzyłam okno z powodu zaduchu... i co, co słyszę? Drącą się moją siostrę na ulicy, pokłóciła się ze swoim kolega, byłym chłopakiem. tu się pojawia kolejny szkopuł, chłopak nadal ją bardzo kocha, wielka miłość, jednak ona nim manipuluje, wyciąga pieniądze, niszczy go psychicznie tak jak moich najbliższych. Usłyszawszy ją zaraz zawołałam rodziców, tata po nią wybiegł, a ta się jeszcze bardziej drze, nie chciała w ogóle wejść do domu, bała się taty. Oczywiście była wypita. Ten widok był frustrujący, człowiek spadający coraz niżej...Skoro się bała, to dlaczego tak postąpiła, postępuje? Gdzie tu jest logiczne myślenie. Ciągle w domu dochodzi do awantur, lecą mocne teksty do mojej mamy, to w końcu nie tata np : <br />
"trzeba było zrobić skrobankę, ja się na ten świat nie prosiłam". widzę jak moja mamę trapią te słowa, jest bezsilna, widzę jak płacze, przez jej ból i ja cierpię. Jak nie mama płacze, to wtenczas ja, nie radzę sobie z tym wszystkim. Chociaż nie powiem chyba już z tydzień nie płakałam, jest postęp... ale niestety na płaczu kiedyś się nie kończyło, tylko na cieciu się. Wiem, wiem głupota... ale powiem szczerze, te kłótnie robiły ze mną coś okropnego, wpadałam w histerie, płakałam, krzyczałam i chwytałam coś ostrego i przecinałam skórę. W chwili cięcia, czułam jedynie tylko ból spowodowany żyletką, nie ból siedzący mi na sercu. Miałam chwilę wytrwania, mimo wszytko moje rany nigdy nie było bardzo głębokie, już od jakiegoś czasu tego nie robię i się cieszę. Pamiętam, kiedy chwytałam po ostrze drugi raz w tym samym dniu, wyglądało to ohydnie, ale teraz blizny są prawie, że niewidoczne. Czasem nienawidzę mojej siostry, za to co ona robi, do czego ona mnie popchnęła. Nie mamy na nią sposobu, mam 22  lata, lecz zachowuję się jak głupia gówniara. Nie wiadomo czy nie zawaliła studiów, nie chciało jej sie jeździć na zajęcia, ale głównie wszystko to przez wf. Przez to rodzice musieli zapłacić 1000 zł., lecz nie wiadomo czy to coś dało czy też nie, a te pieniądze były wielkim wydatek dla moich rodziców. Miała pójść do pracy, ale nie, co ona stwierdziła: „nie pójdę, bo wy tak chcecie, bo mi każecie”. To przechodzi już ludzkie pojęcie, był okres, że nic nie dostaje, tylko chleb, margaryna, nic specjalnego, ale jej to nie przeszkadza. Nie dostawała żadnych słodyczy, ubrań. Sadzę, ze każdy wolałby mieć coś lepszego, ale nie ona. Nie raz też z rękami rzucała się do mojej mamy, mnie to tylko czy aż psychicznie atakuje. Jest tak strasznie zakłamana, fałszywa, nie ma prawdziwych przyjaciół, ma z którymi może wypić, zapalić i to wszystko. Na pewno, gdyby nie rodzice, spadła by już dawno na dno, wcześniej kradzieże w u mnie domu, były na porządku dziennym, nie ważne są już moje, mamy czy taty pieniądze, ale obrączki i pierścionek zaręczynowy! Jak tak można?! Wcześnie zaczynała alkohol, czy inne używki. Przez to, co ona wyrabia, co się dzieję w domu, ciągły hałas, chcieliśmy ją wyrzucić z domu. Ona oczywiście sama się nie wyprowadzi. Jak się okazało nie możemy, prawo stoi po jej stronie, boże całe życie z tym potworem?! Na samą myśl chce płakać... nawet jest gotowa pójść na policję, złożyć fałszywe zeznania, zawołać swoje menelstwo, byle pogrążyć. Czy tak się zachowuje dorosły człowiek? Nigdy nie pomyślałabym, ze bliska osoba, może cię tak skrzywdzić i nie wyrażać skruchy? Kompletnie nic nie robi, nie sprząta w domu, byle się najeść i wyjść do hołoty, nic od siebie. Nie chce przez nią skończyć jako znerwicowana nastolatka z depresją. Nie wiemy co mam z nią zrobić, rodzice są bezradni, to ich dziecko, ale także potwór... Powiedzcie co mamy robić, by już nie cierpieć, jak z nią postępować? Do psychologa się zaparła i nie pójdzie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Witam! <br />
Mam 17 lat i od około dwóch lat toczy się mój horror, nieustanna walka z moją siostrą, ze mną samą. Wszystko zaczęło się od juvenile, imprez... wtedy zaczęły się straszne awantury, wywołane przez moja siostrę, nie raz przez nią płakałam, nienawidziłam tego życia. Zawsze znalazła powód do kłótni, a to chciała wyjść, a to pieniądze, a to komuś ubliżyła.  Myśli przez ten okres miałam przeróżne, tak samobójstwo najprostsza droga, jednak to nie jest rozwiązanie, na pewno także bym nie znalazła w sobie tyle odwagi na taki czyn, również nie chciałbym zostawiać moich rodziców. Wiem, że bardzo mnie kochają, starają się jak mogą, ale... ona niszczy wszystkich i wszytko. Jest tak bardzo arogancka, wulgarna, nie zważa na nic, na nikogo, jednak jeszcze trochę boi się ojca. Chociaż tylko wtedy, gdy jest trzeźwa... tak, ostatnio okazuje się, ze lubi sobie wypić. To było pewnego wieczoru, siedziałam u siebie w pokoju, otworzyłam okno z powodu zaduchu... i co, co słyszę? Drącą się moją siostrę na ulicy, pokłóciła się ze swoim kolega, byłym chłopakiem. tu się pojawia kolejny szkopuł, chłopak nadal ją bardzo kocha, wielka miłość, jednak ona nim manipuluje, wyciąga pieniądze, niszczy go psychicznie tak jak moich najbliższych. Usłyszawszy ją zaraz zawołałam rodziców, tata po nią wybiegł, a ta się jeszcze bardziej drze, nie chciała w ogóle wejść do domu, bała się taty. Oczywiście była wypita. Ten widok był frustrujący, człowiek spadający coraz niżej...Skoro się bała, to dlaczego tak postąpiła, postępuje? Gdzie tu jest logiczne myślenie. Ciągle w domu dochodzi do awantur, lecą mocne teksty do mojej mamy, to w końcu nie tata np : <br />
"trzeba było zrobić skrobankę, ja się na ten świat nie prosiłam". widzę jak moja mamę trapią te słowa, jest bezsilna, widzę jak płacze, przez jej ból i ja cierpię. Jak nie mama płacze, to wtenczas ja, nie radzę sobie z tym wszystkim. Chociaż nie powiem chyba już z tydzień nie płakałam, jest postęp... ale niestety na płaczu kiedyś się nie kończyło, tylko na cieciu się. Wiem, wiem głupota... ale powiem szczerze, te kłótnie robiły ze mną coś okropnego, wpadałam w histerie, płakałam, krzyczałam i chwytałam coś ostrego i przecinałam skórę. W chwili cięcia, czułam jedynie tylko ból spowodowany żyletką, nie ból siedzący mi na sercu. Miałam chwilę wytrwania, mimo wszytko moje rany nigdy nie było bardzo głębokie, już od jakiegoś czasu tego nie robię i się cieszę. Pamiętam, kiedy chwytałam po ostrze drugi raz w tym samym dniu, wyglądało to ohydnie, ale teraz blizny są prawie, że niewidoczne. Czasem nienawidzę mojej siostry, za to co ona robi, do czego ona mnie popchnęła. Nie mamy na nią sposobu, mam 22  lata, lecz zachowuję się jak głupia gówniara. Nie wiadomo czy nie zawaliła studiów, nie chciało jej sie jeździć na zajęcia, ale głównie wszystko to przez wf. Przez to rodzice musieli zapłacić 1000 zł., lecz nie wiadomo czy to coś dało czy też nie, a te pieniądze były wielkim wydatek dla moich rodziców. Miała pójść do pracy, ale nie, co ona stwierdziła: „nie pójdę, bo wy tak chcecie, bo mi każecie”. To przechodzi już ludzkie pojęcie, był okres, że nic nie dostaje, tylko chleb, margaryna, nic specjalnego, ale jej to nie przeszkadza. Nie dostawała żadnych słodyczy, ubrań. Sadzę, ze każdy wolałby mieć coś lepszego, ale nie ona. Nie raz też z rękami rzucała się do mojej mamy, mnie to tylko czy aż psychicznie atakuje. Jest tak strasznie zakłamana, fałszywa, nie ma prawdziwych przyjaciół, ma z którymi może wypić, zapalić i to wszystko. Na pewno, gdyby nie rodzice, spadła by już dawno na dno, wcześniej kradzieże w u mnie domu, były na porządku dziennym, nie ważne są już moje, mamy czy taty pieniądze, ale obrączki i pierścionek zaręczynowy! Jak tak można?! Wcześnie zaczynała alkohol, czy inne używki. Przez to, co ona wyrabia, co się dzieję w domu, ciągły hałas, chcieliśmy ją wyrzucić z domu. Ona oczywiście sama się nie wyprowadzi. Jak się okazało nie możemy, prawo stoi po jej stronie, boże całe życie z tym potworem?! Na samą myśl chce płakać... nawet jest gotowa pójść na policję, złożyć fałszywe zeznania, zawołać swoje menelstwo, byle pogrążyć. Czy tak się zachowuje dorosły człowiek? Nigdy nie pomyślałabym, ze bliska osoba, może cię tak skrzywdzić i nie wyrażać skruchy? Kompletnie nic nie robi, nie sprząta w domu, byle się najeść i wyjść do hołoty, nic od siebie. Nie chce przez nią skończyć jako znerwicowana nastolatka z depresją. Nie wiemy co mam z nią zrobić, rodzice są bezradni, to ich dziecko, ale także potwór... Powiedzcie co mamy robić, by już nie cierpieć, jak z nią postępować? Do psychologa się zaparła i nie pójdzie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Pesymizm czy depresja?]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=956</link>
			<pubDate>Sat, 21 Jan 2012 21:06:59 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=956</guid>
			<description><![CDATA[Dziś znów naszedł mnie ten fatalny i ponury nastruj, kiedy całkiem szczerze mogę powiedzieć, że naprawdę dość mam już tej czarnej nocy, która pochłania moją duszę i dławi wszelką nadzieję. Która zabija wszelką chęć życia. Wtrąca w przepaść rozpaczy. Dziś jest pustka a jutra dla mnie już nie ma i nie ma już żadnej nadziei. Jest tylko czarna dziura, która wssysa mnie w swoją bezdenną otchłań. Pozbawia chęci do dalszej walki o własną przyszłość. Dławi wszelką wolę, pozbawia jakiejkolwiak radości. Trudno jest żyć jeśli nie widzi się żadnego sensu swojej egzystencji, jeśli każdy dzień wydaje się podobny do setek już przeżytych. Jeśli wszystko wydaje się szare i pozbawione jalkiekokolwiek smaku, kiedy nie oczekuje się niczego dobrego od swego losu, a każda zmiana wydaje się zła i budzi lęk przed nieszczęściem. Ten brak wiary w poprawę jest paraliżujący i powoduje, że nie pragnę już niczego nowego, z obawy, że będzie to jeszcze gorsze od tego co jest dziś, pozbawia mnie całej radości z życia, z każdego najdrobniejszego sukcesu.<br />
Inni ludzie wydają mi się wrogami, którz tylko czyhają na to by sprawić mi przykrość. Nie oczekuję od nich niczego dobrego. Nie wierzę w ich dobroć ani bezinteresowność. Nie ufam im. Nie wierzę także w miłość, ponieważ nigdy tak naprawdę jej nie doznałem. Jeśli nawet kiedyś, dawno, jeszcze w dzieciństwie kogoś kochałem to doznałem tylko bolesnego rozczarowania, dlatego nauczyłem się nikogo więcej nie kochać i nikomu nie ufać. W ten sposób pragnę obronić się przed kolejnym zranieniem. Lecz życie bez miłości jest puste i bezsensowne, myślę, że nie warto tak żyć.<br />
Czasem pragnę stąd uciec, lecz wiem, że nigdzie nie znajdę ukojenia z rozpaczy, która mnie dziś ogarnia. nie ma takiego miejsca, gdzie mógłbym poczuć się szczęśliwy. Boję się, że nigdy już nie odnajdę sensu w swoim życiu, Nigdy nie będę szczęśliwy i nikomu nie dam choćby odrobiny szczęścia. <br />
Czasem myślę, że nie warto już tak dalej męczyć się ze sobą i swoim losem.<br />
Nie wiem czy to już depresja czy tylko defetyzm. Choć wiem gdzie leży przyczyna tego mojego sposobu myślenia. Niedawno opisałem również na tym portalu krótką historię mojego dzieciństwa i myślę, że to tam tkwią korzenie mojego pesymizmu. Lecz choć zdaję sobię sprawę z tego, to mimo wszystko czasami naprawdę boję się, że kiedyś nie wytrzymam i zrobię coś naprawdę głupiego, czego już nie będę mógł zmienić. <br />
Przepraszam, trochę się rozgadałem.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Dziś znów naszedł mnie ten fatalny i ponury nastruj, kiedy całkiem szczerze mogę powiedzieć, że naprawdę dość mam już tej czarnej nocy, która pochłania moją duszę i dławi wszelką nadzieję. Która zabija wszelką chęć życia. Wtrąca w przepaść rozpaczy. Dziś jest pustka a jutra dla mnie już nie ma i nie ma już żadnej nadziei. Jest tylko czarna dziura, która wssysa mnie w swoją bezdenną otchłań. Pozbawia chęci do dalszej walki o własną przyszłość. Dławi wszelką wolę, pozbawia jakiejkolwiak radości. Trudno jest żyć jeśli nie widzi się żadnego sensu swojej egzystencji, jeśli każdy dzień wydaje się podobny do setek już przeżytych. Jeśli wszystko wydaje się szare i pozbawione jalkiekokolwiek smaku, kiedy nie oczekuje się niczego dobrego od swego losu, a każda zmiana wydaje się zła i budzi lęk przed nieszczęściem. Ten brak wiary w poprawę jest paraliżujący i powoduje, że nie pragnę już niczego nowego, z obawy, że będzie to jeszcze gorsze od tego co jest dziś, pozbawia mnie całej radości z życia, z każdego najdrobniejszego sukcesu.<br />
Inni ludzie wydają mi się wrogami, którz tylko czyhają na to by sprawić mi przykrość. Nie oczekuję od nich niczego dobrego. Nie wierzę w ich dobroć ani bezinteresowność. Nie ufam im. Nie wierzę także w miłość, ponieważ nigdy tak naprawdę jej nie doznałem. Jeśli nawet kiedyś, dawno, jeszcze w dzieciństwie kogoś kochałem to doznałem tylko bolesnego rozczarowania, dlatego nauczyłem się nikogo więcej nie kochać i nikomu nie ufać. W ten sposób pragnę obronić się przed kolejnym zranieniem. Lecz życie bez miłości jest puste i bezsensowne, myślę, że nie warto tak żyć.<br />
Czasem pragnę stąd uciec, lecz wiem, że nigdzie nie znajdę ukojenia z rozpaczy, która mnie dziś ogarnia. nie ma takiego miejsca, gdzie mógłbym poczuć się szczęśliwy. Boję się, że nigdy już nie odnajdę sensu w swoim życiu, Nigdy nie będę szczęśliwy i nikomu nie dam choćby odrobiny szczęścia. <br />
Czasem myślę, że nie warto już tak dalej męczyć się ze sobą i swoim losem.<br />
Nie wiem czy to już depresja czy tylko defetyzm. Choć wiem gdzie leży przyczyna tego mojego sposobu myślenia. Niedawno opisałem również na tym portalu krótką historię mojego dzieciństwa i myślę, że to tam tkwią korzenie mojego pesymizmu. Lecz choć zdaję sobię sprawę z tego, to mimo wszystko czasami naprawdę boję się, że kiedyś nie wytrzymam i zrobię coś naprawdę głupiego, czego już nie będę mógł zmienić. <br />
Przepraszam, trochę się rozgadałem.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[przemoc psychiczna]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=955</link>
			<pubDate>Sat, 21 Jan 2012 20:03:09 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=955</guid>
			<description><![CDATA[Jestem mężem i ojcem dwójki  małych dzieci , mieszkam u żony wraz z jej matką w bloku. pracuję na utrzymanie całej rodziny , dodam że dojeżdżam daleko ale jestem każdy dzień w domu. Moja żona nie chce się zajmować dziećmi , dlatego jedno chodzi do przedszkola a drugim opiekuje się niania. Od pewnego czasu żona wszczyna awantury wyrzuca mnie z domu wbrew woli teściowej, do której należy mieszkanie , krzyczy na dzieci , dlatego one się jej boją. Starsza córka zaczyna się jąkać nie chce zostać z matką. Starałem się żonie tłumaczyć jej złe postępowanie , ale ona jest wtedy jeszcze bardziej agresywna. Ani tłumaczenia jej matki ani moje nic nie pomagają skutek jest odwrotny. W dodatku zaczyna strasznie kłamać, czasami mam wrażenie jakby była chora psychicznie gdyż zmyśla niestworzone rzeczy. Zgłosiłem sprawę na policję po kolejnym takim incydencie, doradzono mi, by zgłosić sprawę do sądu rodzinnego. Bardzo proszę o jakąś poradę bo mimo tego że jestem mężczyzną czuję się jak w matni, z której nie ma wyjścia. Żal mi moich dzieci a równocześnie wiem , że to ich matka, która robi wszystko by nas dręczyć psychicznie, a mnie prowokować do kolejnej kłótni. Jak na nią wpłynąć , co zrobić i gdzie się udać by nie znęcała się nad nami i by dzieci nie musiały zostać z nią. Dodam jeszcze,że moja teściowa boi się pozostania z własną córką dlatego prosi bym został z nią i z dziećmi.Proszę o pomoc.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Jestem mężem i ojcem dwójki  małych dzieci , mieszkam u żony wraz z jej matką w bloku. pracuję na utrzymanie całej rodziny , dodam że dojeżdżam daleko ale jestem każdy dzień w domu. Moja żona nie chce się zajmować dziećmi , dlatego jedno chodzi do przedszkola a drugim opiekuje się niania. Od pewnego czasu żona wszczyna awantury wyrzuca mnie z domu wbrew woli teściowej, do której należy mieszkanie , krzyczy na dzieci , dlatego one się jej boją. Starsza córka zaczyna się jąkać nie chce zostać z matką. Starałem się żonie tłumaczyć jej złe postępowanie , ale ona jest wtedy jeszcze bardziej agresywna. Ani tłumaczenia jej matki ani moje nic nie pomagają skutek jest odwrotny. W dodatku zaczyna strasznie kłamać, czasami mam wrażenie jakby była chora psychicznie gdyż zmyśla niestworzone rzeczy. Zgłosiłem sprawę na policję po kolejnym takim incydencie, doradzono mi, by zgłosić sprawę do sądu rodzinnego. Bardzo proszę o jakąś poradę bo mimo tego że jestem mężczyzną czuję się jak w matni, z której nie ma wyjścia. Żal mi moich dzieci a równocześnie wiem , że to ich matka, która robi wszystko by nas dręczyć psychicznie, a mnie prowokować do kolejnej kłótni. Jak na nią wpłynąć , co zrobić i gdzie się udać by nie znęcała się nad nami i by dzieci nie musiały zostać z nią. Dodam jeszcze,że moja teściowa boi się pozostania z własną córką dlatego prosi bym został z nią i z dziećmi.Proszę o pomoc.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Wspomnienia z dzieciństwa.]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=953</link>
			<pubDate>Thu, 19 Jan 2012 15:41:17 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=953</guid>
			<description><![CDATA[Mam 49 lat i pochodzę z rodziny dysfunkcyjnej, Wychowywałem się bez ojca, choć znałem go i utrzymywałem z nim kontakt. Lecz mimo wszystko zawsze czułem jego brak w dzieciństwie. Matka pracowała na dwie zmiany i nie miała zbytnio czasu zajmować się mną, co i może dobrze. Była osobą nerwową i apodyktyczną. Rzadko okazywała mi pozytywna uczucia Dzieciństwo kojarzy mi się wyłącznie z bólem strachem i poniżeniem. Moja rodzicielka nie potrafiła nigdy ujrzeć we mnie dziecka, zawsze chciała abym zachowywał sią jak dorosły, choć sama traktowała mnie jak dziecko, nawet gdy byłem już pełnoletni. Nie widziała we mnie niczego dobrego, zauważała natomiast wszelkie moje potknięcia, które natychmiast podchwytywała. Wywoływały one u niej prawdziwe ataki wściekłości. Potrafiła wówczas traktować mnie z prawdziwą nienawiścią. Wyzywała od najgorszych, niestety nie mogę zacytować jej wyzwisk, z wiadomych względów. Porównywała mnie do moich kolegów z podwórka, i zawsze twierdziła, że jestem od nich pod każdym względem gorszy. mówiła, że wolała by mieć każdego z nich za syna, byle by nie mnie. Potrafiła powiedzieć mi otwarcie, że żałuje iż mnie urodziła. Do jakichś 12, 13 lat dość systematycznie obrywałem od niej w skórę. Te metody wychowawcze sprawiły, że zawsze czułem się nie kochany i odrzucony. Do dziś nie potrafię otrząsnąć się z poczucia niższości i pogardy do siebie. Zawsze miałem problemy z nawiązywaniem zdrowych relacji z innymi. Nigdy nie udało mi się założyć rodziny i nadal jestem samotny, co sprawiami coraz większy ból. Ale najgorsze jest to, że nie umiem kochać i nie czuję się godny niczyjej miłości. Skoro nawet własna matka nie potrafiła mi okazać ciepła, to dlaczego miałby to zrobić ktoś inny? Do tego dochodzą jeszcze problemy z alkoholem. Nie wiem czy ktoś się odezwie, ale już sama możliwość napisania tego jest dla mnie pewną pociechą.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Mam 49 lat i pochodzę z rodziny dysfunkcyjnej, Wychowywałem się bez ojca, choć znałem go i utrzymywałem z nim kontakt. Lecz mimo wszystko zawsze czułem jego brak w dzieciństwie. Matka pracowała na dwie zmiany i nie miała zbytnio czasu zajmować się mną, co i może dobrze. Była osobą nerwową i apodyktyczną. Rzadko okazywała mi pozytywna uczucia Dzieciństwo kojarzy mi się wyłącznie z bólem strachem i poniżeniem. Moja rodzicielka nie potrafiła nigdy ujrzeć we mnie dziecka, zawsze chciała abym zachowywał sią jak dorosły, choć sama traktowała mnie jak dziecko, nawet gdy byłem już pełnoletni. Nie widziała we mnie niczego dobrego, zauważała natomiast wszelkie moje potknięcia, które natychmiast podchwytywała. Wywoływały one u niej prawdziwe ataki wściekłości. Potrafiła wówczas traktować mnie z prawdziwą nienawiścią. Wyzywała od najgorszych, niestety nie mogę zacytować jej wyzwisk, z wiadomych względów. Porównywała mnie do moich kolegów z podwórka, i zawsze twierdziła, że jestem od nich pod każdym względem gorszy. mówiła, że wolała by mieć każdego z nich za syna, byle by nie mnie. Potrafiła powiedzieć mi otwarcie, że żałuje iż mnie urodziła. Do jakichś 12, 13 lat dość systematycznie obrywałem od niej w skórę. Te metody wychowawcze sprawiły, że zawsze czułem się nie kochany i odrzucony. Do dziś nie potrafię otrząsnąć się z poczucia niższości i pogardy do siebie. Zawsze miałem problemy z nawiązywaniem zdrowych relacji z innymi. Nigdy nie udało mi się założyć rodziny i nadal jestem samotny, co sprawiami coraz większy ból. Ale najgorsze jest to, że nie umiem kochać i nie czuję się godny niczyjej miłości. Skoro nawet własna matka nie potrafiła mi okazać ciepła, to dlaczego miałby to zrobić ktoś inny? Do tego dochodzą jeszcze problemy z alkoholem. Nie wiem czy ktoś się odezwie, ale już sama możliwość napisania tego jest dla mnie pewną pociechą.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[jak pomoc blskiej osobie]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=952</link>
			<pubDate>Thu, 19 Jan 2012 13:21:56 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=952</guid>
			<description><![CDATA[DZien dobry mam problem otoz ze swoja siostra jest mezatka i matka 3 dzieci i nie stety zaglada do kieliszka chciala bym jej pomoc ale nie wiem jak proslam by sie opimietala dziala ale nie na dlugo i tak robi swoje prosze o porade gdzie bym mgla sie uac by jej pomóc?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[DZien dobry mam problem otoz ze swoja siostra jest mezatka i matka 3 dzieci i nie stety zaglada do kieliszka chciala bym jej pomoc ale nie wiem jak proslam by sie opimietala dziala ale nie na dlugo i tak robi swoje prosze o porade gdzie bym mgla sie uac by jej pomóc?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[sama nie wiem co robić]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=951</link>
			<pubDate>Tue, 17 Jan 2012 23:07:30 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=951</guid>
			<description><![CDATA[Nigdy nie sądziłam że trafie na takie forum a jednak życie pisze różne scenariusze. Mam problem z facetem, byłym meżem-moim partnerem-ojcem moich dzieci. JZnamy się już od 11 lat, 6 lat temu pobraliśmy się, 3 lata temu rozwiedlismy po roku znowu sie zeszliśmy a w chwili obecnej nie wiem co mam robić. Myślałam że mąż się zmienił-tzn nie będzie już pił, całego czasu poświęcał na komputer...miałam nadzieję że po prostu bedzie przy mnie. Wszystko było ok do momentu gdy po tym jak zeszliśmy się postanowiliśmy się starać o drugie dziecko-po przyjściu małej na świat(czyli już od roku) mąż się diametralnie zmienił- zaczął częściej pić co skutkuje tym że zaczyna się nademną znęcać psychicznie, nie poświęca nam czasu, wiecznie ma o coś pretensje...Powtarzam sobie że jestem z nim dla dobra dzieci ale czy własnie one tego chcą? Starszy syn ma 6,5 roku i ostatnio często narzeka że tata nie ma dla niego czasu- bo faktycznie nie spędza z nim go...nie wiem czy jest sens ciągnąć to. Ilekroć mąż mówi że się zmieni trwa to tylko chwilę-a z drugiej strony boję się zostać sama. Nie mam za bardzo wsparcia w rodzinie-i brak odwagi by zwrócić się z tym do kogo trzeba:/]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nigdy nie sądziłam że trafie na takie forum a jednak życie pisze różne scenariusze. Mam problem z facetem, byłym meżem-moim partnerem-ojcem moich dzieci. JZnamy się już od 11 lat, 6 lat temu pobraliśmy się, 3 lata temu rozwiedlismy po roku znowu sie zeszliśmy a w chwili obecnej nie wiem co mam robić. Myślałam że mąż się zmienił-tzn nie będzie już pił, całego czasu poświęcał na komputer...miałam nadzieję że po prostu bedzie przy mnie. Wszystko było ok do momentu gdy po tym jak zeszliśmy się postanowiliśmy się starać o drugie dziecko-po przyjściu małej na świat(czyli już od roku) mąż się diametralnie zmienił- zaczął częściej pić co skutkuje tym że zaczyna się nademną znęcać psychicznie, nie poświęca nam czasu, wiecznie ma o coś pretensje...Powtarzam sobie że jestem z nim dla dobra dzieci ale czy własnie one tego chcą? Starszy syn ma 6,5 roku i ostatnio często narzeka że tata nie ma dla niego czasu- bo faktycznie nie spędza z nim go...nie wiem czy jest sens ciągnąć to. Ilekroć mąż mówi że się zmieni trwa to tylko chwilę-a z drugiej strony boję się zostać sama. Nie mam za bardzo wsparcia w rodzinie-i brak odwagi by zwrócić się z tym do kogo trzeba:/]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[:( rozstanie po 5latach ]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=950</link>
			<pubDate>Mon, 16 Jan 2012 18:01:40 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=950</guid>
			<description><![CDATA[Witam wszystkich sledze to forum juz od pewnego czasu,sam nie wiem czy to dobry pomysl abym tu pisal ale coz mi szkodzi moze ktos pomoze mi w jakikolwiek sposob choc wiem ze jezeli sam sobie nie pomoge nikt mi nie pomoze..a wiec tak zaczne od poczatku..wraz z ewelinka poznalismy sie prawie 6 lat temu(3.03 to dzien od kiedy tworzylismy pare)dzis mamy po 24 lata,jak to bywa na poczatku nasz zwiazek rozkwital miloscia,chyba oboje kochalismy tak naprawde szczerze po raz pierwszy w zyciu..jak to bywa w kazdym zwiazku potrzebowalismy wiele czasu aby sie dotrzec i wydaje mi sie ze udalo nam sie to,rozumilismy sie bez slow,kochaklismy ,przyzekalismy milosc,ale jak to bywa w naszym zwiazku bylo wiele bardzo przykrych sytuacji w ktorych to ja bylem winny,klotnie o blachostki ktore przeradzaly sie w wojny na slowa,doszlo do szarpanin,bylo to w okresie kiedy mieszkalismy ze soba,wydaje mi sie ze wiekszosc tych problemow wynikala z braku mojej dojrzalosci..pomimo wszystkich tych krzywd jakich doswiadczylismy dazylismy sie ogromna miloscia i zaufaniem,brakowalo odrobiny szacunku z mojej strony..bylismy zareczeni od 3lat..od ponad roku wszystko zaczelo sie ukladac choc wg mnie nie bylo az tak zle,klotni bylo coraz mniej zaczelismy snuc wspolne plany na przyszlosc,marznie poprostu caly swiat krecil sie wokol nas do czasu w kwietniu ewel wrocila do pl(bylismy poza granicami)ja zostalem aby popracowac jeszcze troszke,rozmawialismy po kilka godzin dziennie staralem sie abysmy choc raz w mc widzieli sie bo zadna rozmowa nie zastapi bycia ze soba,tesknilismy okropnie,w lipcu znow naduzylem slow i ewel podjela decyzje o tym iz dla niej to nie ma dalej sensu ze nie chce tak zyc..wrocilem do pl porozmawialismy,walczylem i znow bylismy razem,rozlaka trwala jakies 2tyg nie odpuszczalem na chwile,przezylem swego typu zalamanie,przemyslalem sobie cale moje dotychczasowe zycie,staralem sie wyciagnac wnioski i wydaje mi sie ze mi sie to udalo,po calym tym zajsciu oboje poczulismy ze tak naprawde to co nas laczy jest najprawdziwsza miloscia i ze nie potrafimy bez sibie zyc,przyspieszylismy nasze plany zwiazane ze slubem,marzylismy o wspolnym domku,caly czas spedzalismy ze soba nic nie wskazywalo na to aby cokolwiek moglo znow sie zepsuc,zminilem moje podejscie co tego zwiazku pomimo tego iz calym czas myslalem ze ja kocham to co czulem od lipca byla wielekrotnoscia uczucia jakie bylo wczesniej..sytuacja zyciowa zmusila mnie znow do wyjazdu,oboje podjelismy decyzje iz wyjade i popracuje do swiat poczym wracam i zyjemy w harmonii i spokoju bo tylko tego pragnelismy..wszystko bylo tak cholernie prawdziwe ,te nasze rozmowy zapewnienia..<img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" /> 30.10 upleno jakies 3tyg od mojego wyjazdu moja partnerka mila mnie odwiedzic juz za kilka dni,zapytala ze chcialaby sie zabawic przed wyjazdem pojechac na dyskoteke,zgodzilem sie choc bez chwili zwatpienia choc pewnie przed cala ta klotnia nie chcial bym nawet o tym slyszec,uplywaly godz ewe do mnie dzwonila wszystko bylo wporzadku,do czsu kiedy to ja probowalem do niej zadzwonic,nie odbierala wscieklem sie do tego doszlo klamstwo z strony jej siostry ktora z nia byla|(ze nie moze jej nigdzie znalesc a sama byla juz w domku ale nie chciala mnie denerwowac)martwilem sie jak cholera,odebrala i znow powiedzialem 3 slowa za duzo..gdzie ty sie ku..a szmacisz..wiem ze przesadzilem,zaluje cholernie ale nie potrafilem sobie poradzic z natlokiem emocji..to byl koniec nas,ewelinka oswiadczyla ze to koniec,znow walczylem,wrocilem do pl ale bez efektow..zalamalem sie,wiem ze popelnilem mnostwo bledow ze cala wina lezy po mojej stronie,dostawalem setki szans ale bylem niedojrzalym gowniarzem tak sie teraz widze.tak bardzo chcialbym cofnac czas..nie potrafie sobie z tym poradzic mija prawie 3 mc,ja wciaz nie sypiam,snie o nas,wydzwaniam do niej,zasypuje sms,mam mysli samobojcze poprostu nie chce mi sie zyc,nic mnie nie cieszy bez niej nic nie ma najmniejszego senu,ja wiem ze spiprzylem ale wiezylem w jej milosc ktora okazala sie kpina..staralem sie to naprawic,odwiedzalem ja w wigilie i po swietach,poprostu wiem ze do mnie nie wroci ale chyba uzaleznielem sie od bolu i prowokuje sytuacje abym go czul..jak przestac kochac co moge zrobic,probowalem zyc,poznalem kilka kobiet ale caly czas w glowie i sercu mam ja,kilka minut rozmowy i zaczynam opowiadac kazdemu co mi sie przydazylo..wciaz ja kocham i zyje nadzieja ze mi wybaczy,dzis wytyka mi wszystkie bledy z ponad 5lat,dziwi sie sama sobie ze mogla pozwalac na takie traktowanie,wiem ze bylem zly ale naprawde pragnalem jej szczescia..<img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" />(spedzila sylwestra z innym facetem,ponoc kolega bolalo mnie to strasznie ale dalaej ja kocham,dalej jestem gotow zrobic wszystko dla niej,czy prawdziwa milosc istnieje??ja w to wieze,oboje wiezylismy..najlepiej zasnac i juz nie wstac...<img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Witam wszystkich sledze to forum juz od pewnego czasu,sam nie wiem czy to dobry pomysl abym tu pisal ale coz mi szkodzi moze ktos pomoze mi w jakikolwiek sposob choc wiem ze jezeli sam sobie nie pomoge nikt mi nie pomoze..a wiec tak zaczne od poczatku..wraz z ewelinka poznalismy sie prawie 6 lat temu(3.03 to dzien od kiedy tworzylismy pare)dzis mamy po 24 lata,jak to bywa na poczatku nasz zwiazek rozkwital miloscia,chyba oboje kochalismy tak naprawde szczerze po raz pierwszy w zyciu..jak to bywa w kazdym zwiazku potrzebowalismy wiele czasu aby sie dotrzec i wydaje mi sie ze udalo nam sie to,rozumilismy sie bez slow,kochaklismy ,przyzekalismy milosc,ale jak to bywa w naszym zwiazku bylo wiele bardzo przykrych sytuacji w ktorych to ja bylem winny,klotnie o blachostki ktore przeradzaly sie w wojny na slowa,doszlo do szarpanin,bylo to w okresie kiedy mieszkalismy ze soba,wydaje mi sie ze wiekszosc tych problemow wynikala z braku mojej dojrzalosci..pomimo wszystkich tych krzywd jakich doswiadczylismy dazylismy sie ogromna miloscia i zaufaniem,brakowalo odrobiny szacunku z mojej strony..bylismy zareczeni od 3lat..od ponad roku wszystko zaczelo sie ukladac choc wg mnie nie bylo az tak zle,klotni bylo coraz mniej zaczelismy snuc wspolne plany na przyszlosc,marznie poprostu caly swiat krecil sie wokol nas do czasu w kwietniu ewel wrocila do pl(bylismy poza granicami)ja zostalem aby popracowac jeszcze troszke,rozmawialismy po kilka godzin dziennie staralem sie abysmy choc raz w mc widzieli sie bo zadna rozmowa nie zastapi bycia ze soba,tesknilismy okropnie,w lipcu znow naduzylem slow i ewel podjela decyzje o tym iz dla niej to nie ma dalej sensu ze nie chce tak zyc..wrocilem do pl porozmawialismy,walczylem i znow bylismy razem,rozlaka trwala jakies 2tyg nie odpuszczalem na chwile,przezylem swego typu zalamanie,przemyslalem sobie cale moje dotychczasowe zycie,staralem sie wyciagnac wnioski i wydaje mi sie ze mi sie to udalo,po calym tym zajsciu oboje poczulismy ze tak naprawde to co nas laczy jest najprawdziwsza miloscia i ze nie potrafimy bez sibie zyc,przyspieszylismy nasze plany zwiazane ze slubem,marzylismy o wspolnym domku,caly czas spedzalismy ze soba nic nie wskazywalo na to aby cokolwiek moglo znow sie zepsuc,zminilem moje podejscie co tego zwiazku pomimo tego iz calym czas myslalem ze ja kocham to co czulem od lipca byla wielekrotnoscia uczucia jakie bylo wczesniej..sytuacja zyciowa zmusila mnie znow do wyjazdu,oboje podjelismy decyzje iz wyjade i popracuje do swiat poczym wracam i zyjemy w harmonii i spokoju bo tylko tego pragnelismy..wszystko bylo tak cholernie prawdziwe ,te nasze rozmowy zapewnienia..<img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" /> 30.10 upleno jakies 3tyg od mojego wyjazdu moja partnerka mila mnie odwiedzic juz za kilka dni,zapytala ze chcialaby sie zabawic przed wyjazdem pojechac na dyskoteke,zgodzilem sie choc bez chwili zwatpienia choc pewnie przed cala ta klotnia nie chcial bym nawet o tym slyszec,uplywaly godz ewe do mnie dzwonila wszystko bylo wporzadku,do czsu kiedy to ja probowalem do niej zadzwonic,nie odbierala wscieklem sie do tego doszlo klamstwo z strony jej siostry ktora z nia byla|(ze nie moze jej nigdzie znalesc a sama byla juz w domku ale nie chciala mnie denerwowac)martwilem sie jak cholera,odebrala i znow powiedzialem 3 slowa za duzo..gdzie ty sie ku..a szmacisz..wiem ze przesadzilem,zaluje cholernie ale nie potrafilem sobie poradzic z natlokiem emocji..to byl koniec nas,ewelinka oswiadczyla ze to koniec,znow walczylem,wrocilem do pl ale bez efektow..zalamalem sie,wiem ze popelnilem mnostwo bledow ze cala wina lezy po mojej stronie,dostawalem setki szans ale bylem niedojrzalym gowniarzem tak sie teraz widze.tak bardzo chcialbym cofnac czas..nie potrafie sobie z tym poradzic mija prawie 3 mc,ja wciaz nie sypiam,snie o nas,wydzwaniam do niej,zasypuje sms,mam mysli samobojcze poprostu nie chce mi sie zyc,nic mnie nie cieszy bez niej nic nie ma najmniejszego senu,ja wiem ze spiprzylem ale wiezylem w jej milosc ktora okazala sie kpina..staralem sie to naprawic,odwiedzalem ja w wigilie i po swietach,poprostu wiem ze do mnie nie wroci ale chyba uzaleznielem sie od bolu i prowokuje sytuacje abym go czul..jak przestac kochac co moge zrobic,probowalem zyc,poznalem kilka kobiet ale caly czas w glowie i sercu mam ja,kilka minut rozmowy i zaczynam opowiadac kazdemu co mi sie przydazylo..wciaz ja kocham i zyje nadzieja ze mi wybaczy,dzis wytyka mi wszystkie bledy z ponad 5lat,dziwi sie sama sobie ze mogla pozwalac na takie traktowanie,wiem ze bylem zly ale naprawde pragnalem jej szczescia..<img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" />(spedzila sylwestra z innym facetem,ponoc kolega bolalo mnie to strasznie ale dalaej ja kocham,dalej jestem gotow zrobic wszystko dla niej,czy prawdziwa milosc istnieje??ja w to wieze,oboje wiezylismy..najlepiej zasnac i juz nie wstac...<img src="images/smilies/sad.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Sad" title="Sad" />]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Jak dalej życ?]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=949</link>
			<pubDate>Sat, 14 Jan 2012 23:35:56 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=949</guid>
			<description><![CDATA[Witam serdecznie!<br />
Jestem tutaj nowa i mam nadzieję że znajdę odpowiedź na mój problem.<br />
Tate pochowałam kilka lat temu,mamę w ostatnich dniach,zmarła w moich ramionach.Mimo mojego wieku (43) nie potrafię żyć normalnie,czuję się w środku pusta,czuję się sierotą.Ktoś zapyta czy mam własną rodzinę-tak mam-męża daleko,2 dzieci dorosłych,jedno w wieku 12 lat,ale to moja rodzina........to nie moja mama!!!!!!!Nie wiem gdzie mam szukać pomocy,ja nie pracuję,chciała bym spotykać się z ludźmi o podobnych problemach,ale mieszkam w małej miejscowości i nie jest to możliwe.Choruje na nerwicę lękową i to jest duży minus tego wszystkiego.Boję się że oszaleje,chciała bym pracować ale ze względu na moją chorobę nikt mnie nie chce przyjąć.Przez ostatnie dni stałam się wrakiem człowieka.<br />
Pozdrawiam]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Witam serdecznie!<br />
Jestem tutaj nowa i mam nadzieję że znajdę odpowiedź na mój problem.<br />
Tate pochowałam kilka lat temu,mamę w ostatnich dniach,zmarła w moich ramionach.Mimo mojego wieku (43) nie potrafię żyć normalnie,czuję się w środku pusta,czuję się sierotą.Ktoś zapyta czy mam własną rodzinę-tak mam-męża daleko,2 dzieci dorosłych,jedno w wieku 12 lat,ale to moja rodzina........to nie moja mama!!!!!!!Nie wiem gdzie mam szukać pomocy,ja nie pracuję,chciała bym spotykać się z ludźmi o podobnych problemach,ale mieszkam w małej miejscowości i nie jest to możliwe.Choruje na nerwicę lękową i to jest duży minus tego wszystkiego.Boję się że oszaleje,chciała bym pracować ale ze względu na moją chorobę nikt mnie nie chce przyjąć.Przez ostatnie dni stałam się wrakiem człowieka.<br />
Pozdrawiam]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[jest mi coraz ciężej]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=947</link>
			<pubDate>Sat, 14 Jan 2012 23:20:03 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=947</guid>
			<description><![CDATA[Witam Wszystkich<br />
Chodzi o moich rodziców. Są już w podeszłym wieku. Głównie chodzi o mojego "ojca" chodź ja już go nie uważam za ojca. Zmarnował mojej matce życie i czuje że mi też marnuje. Nie mogę tego przeboleć i codziennie o tym myślę, widzę jaki jest stan matki jak jest jej smutno kiedy jakaś jej koleżanka opowiada jej że gdzieś wyjechała, szkoda mi jej bo nie zasłużyła na takie nudne życie, jest mu posłuszna bo się go boi nie ma żadnego głosu w domu musi się tylko podporządkowywać, mieszka  na jego łasce i dlatego jest mu posłuszna, jeszcze kiedyś mówiłem mamie o swoich sprawach(np.że mam problem w szkole) ale potem zorientowałem się że ona potem wszystko powtarza ojcu,to mnie bardzo denerwowało, nie chciałem żeby on wiedział w ogóle o czymś co mnie dotyczy. Mówiłem mamie że go nienawidzę i żeby wzięła rozwód, ale mama jest bardzo religijna i powiedziała że go samego nie zostawi. Bardzo często płacze z tego powodu bo coraz bardziej uświadamiam sobie że to będzie miało duży wpływ na moje dalsze życie. Nie mogę się pogodzić z tym że można być takim okrutnym. Moja matka samotnie wychowywała moje dwie starsze siostry i teraz widzę jaka jest już zmęczona i znudzona życiem widzę że już ma coraz mniej sił. Ojciec jest bardzo oszczędny, dla niego są pieniądze najważniejsze, oszczędza na czym się da woli zakręcić grzejniki by było zimno w domu, kąpać się w zimnej wodzie lub w ogóle się nie kąpać by zaoszczędzić wodę by był mniejszy rachunek. Obiadów też raczej nie ma tylko jest zupa bo na zupę wiele nie trzeba wydać i poświęcić czasu    Mama mówiła że na koncie ma sporo odłożonych pieniędzy tylko nikt nie wie na co. Jak widziałem że znajomi czy sąsiedzi gdzieś wyjeżdżają na wakacje czy do znajomych to było mi bardzo smutno bo czy piękna pogoda czy brzydka i tak się nudziłem w domu pytając siebie ze łzami w oczach "Dlaczego mnie takie coś spotkało?". Nie lubi spotkań towarzyskich z rodziną czy ze znajomymi bo wydaje mi się że się wstydzi się swojej żony. Nie mogę go zrozumieć przecież nie ważne jakim ważne jakim kosztem się spotkać z rodziną, ważne żeby się spotkać i miło spędzić czas. Dla niego miło spędzić czas to jest 6 godzin dziennie oglądać telewizor i pić piwo i jak się trawi jakiś film erotyczny to pewnie jest bardzo szczęśliwy. Mi też można wiele zarzucić, już czasami nie wytrzymuje i krzyczę czasami nawet przeklinam, wydaje mi się żebym miał innych rodziców,bardziej kulturalnych, żeby się szanowali, a nie jak w średniowieczu gdzie kobieta nie miała zdania.  Mamie też mam trochę do zarzucenia. Formalnie to <br />
są moi rodzice ale ja nie uważam ich za rodziców. Kiedyś ojciec krzyczał że jeśli mi tu tak źle to proponował mi jakąś adopcje nie wiem czy jest coś takiego,jestem przekonany że mówił to żeby mnie nastraszyć, a gdyby była taka możliwość to z wielką radością bym chciał. Chciałbym być jak najszybciej szczęśliwy ale nie wiem czy to możliwe. Nie daje mi to spokoju nie mogę się na nauce skupić, jeszcze nigdy nie miałem tak słabych ocen. W szkole zachowuje się normalnie, śmieje się, a w domu nie mam na to ochoty. Staram się dużo czasu spędzać po za domem(szkoła,basen,treningi),nawet nie wiedzą co trenuje bo oni i tak by nie byli zadowoleni, mało rzeczy jest z których mogą być ze mnie dumni jeśli w ogóle są, rodzice najchętniej by chcieli mieć syna jako jakiegoś prezesa dużej firmy co ma dużo pieniędzy. A dla mnie pieniądze nie są najważniejsze, bez pieniędzy też można być szczęśliwym i do tego będę się starał dążyć  Sylwestra w tym roku nie spędzałem poszedłem przed 12.00 spać ale i tak nie mogłem usnąć tylko płakałem pod kołdrą że jestem sam i nie mam nikogo. Gdybym chciał mógłbym iść gdzieś na impreze ale nie miałem ochoty i pewnie jeszcze długo nie będę się bawił ze znajomymi. Święta spędziłem w podobny sposób co sylwestra. Nie długo mam 18 urodziny i najchętniej bym je spędził w podobny sposób bo nie chce mi się już udawać że wszystko jest w porządku uśmiechać i rozmawiać, ale postanowiłem że zaprosić część rodziny ponieważ bym sobie nie wybaczył że wtedy kiedy powinienem mieć uśmiech to mam łzy, moja sytuacja psychiczna by się pogorszyła. Czym dłużej o tym myślę to sobie różne rzeczy wmawiam nie wiedząc czy to prawda. W ogóle mało wiem o swojej rodzinie nie wiem jak się rodzice poznali jacy kiedyś byli gdzie pracowali. To wszystko mnie przerasta odbiera mi to sens życia, doszedłem do wniosku że nie mam odwagi czegoś sobie zrobić, być może nie doszedłem jeszcze do takiego stanu,wolałbym żeby coś mi się stało (żeby mnie samochód potrącił lub coś podobnego żebym miał spokój), kiedyś koleżanka mi powiedziała że jestem odważny że bym chciał pojechać do Afganistanu na misje pokojową jako żołnierz że nie bałbym się że już nie wrócę, a ja wcale nie jestem odważny tylko pojechał bym tam żeby stracić życie. Gdybym wiedział że takie coś mnie czeka wolałbym się nie urodzić i się nie męczyć,nie wiem czy byłem planowanym dzieckiem.<br />
Doszedłem to wniosku że muszę jak najszybciej się wyprowadzić z domu, na razie nie mam dokąd ale może wkrótce i postanowiłem że jak by mi się sytuacja ustabilizowała to pomógł bym matce,ale nie wiem czy by chciała bo już jej się pytałem, wtedy zerwałbym kontakt.<br />
Napisałem to na forum ponieważ nikomu jeszcze nie mogłem o tym powiedzieć,ogólnie byłbym w stanie to komuś powiedzieć ale nie w mojej obecnej sytuacji. Cieszę się że mogłem część swoich problemów wyjawić. Nie liczę na żadne odpowiedzi, nikt nie musi marnować czasu i tego czytać, ja i tak będę żył ze świadomością że ktoś o tym wie i że poszło to w świat, napisałem to po to żeby poczuć się lżej, mam nadzieję że szybciej tej nocy zasnę nie przejmując się tym aż tak bardzo jak zwykle. Może to dla Was wydaje się śmieszne i łatwe może byście sobie dali radę mojej sytuacji, być może jestem słabszy psychicznie.<br />
Pozdrawiam i Dobranoc.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Witam Wszystkich<br />
Chodzi o moich rodziców. Są już w podeszłym wieku. Głównie chodzi o mojego "ojca" chodź ja już go nie uważam za ojca. Zmarnował mojej matce życie i czuje że mi też marnuje. Nie mogę tego przeboleć i codziennie o tym myślę, widzę jaki jest stan matki jak jest jej smutno kiedy jakaś jej koleżanka opowiada jej że gdzieś wyjechała, szkoda mi jej bo nie zasłużyła na takie nudne życie, jest mu posłuszna bo się go boi nie ma żadnego głosu w domu musi się tylko podporządkowywać, mieszka  na jego łasce i dlatego jest mu posłuszna, jeszcze kiedyś mówiłem mamie o swoich sprawach(np.że mam problem w szkole) ale potem zorientowałem się że ona potem wszystko powtarza ojcu,to mnie bardzo denerwowało, nie chciałem żeby on wiedział w ogóle o czymś co mnie dotyczy. Mówiłem mamie że go nienawidzę i żeby wzięła rozwód, ale mama jest bardzo religijna i powiedziała że go samego nie zostawi. Bardzo często płacze z tego powodu bo coraz bardziej uświadamiam sobie że to będzie miało duży wpływ na moje dalsze życie. Nie mogę się pogodzić z tym że można być takim okrutnym. Moja matka samotnie wychowywała moje dwie starsze siostry i teraz widzę jaka jest już zmęczona i znudzona życiem widzę że już ma coraz mniej sił. Ojciec jest bardzo oszczędny, dla niego są pieniądze najważniejsze, oszczędza na czym się da woli zakręcić grzejniki by było zimno w domu, kąpać się w zimnej wodzie lub w ogóle się nie kąpać by zaoszczędzić wodę by był mniejszy rachunek. Obiadów też raczej nie ma tylko jest zupa bo na zupę wiele nie trzeba wydać i poświęcić czasu    Mama mówiła że na koncie ma sporo odłożonych pieniędzy tylko nikt nie wie na co. Jak widziałem że znajomi czy sąsiedzi gdzieś wyjeżdżają na wakacje czy do znajomych to było mi bardzo smutno bo czy piękna pogoda czy brzydka i tak się nudziłem w domu pytając siebie ze łzami w oczach "Dlaczego mnie takie coś spotkało?". Nie lubi spotkań towarzyskich z rodziną czy ze znajomymi bo wydaje mi się że się wstydzi się swojej żony. Nie mogę go zrozumieć przecież nie ważne jakim ważne jakim kosztem się spotkać z rodziną, ważne żeby się spotkać i miło spędzić czas. Dla niego miło spędzić czas to jest 6 godzin dziennie oglądać telewizor i pić piwo i jak się trawi jakiś film erotyczny to pewnie jest bardzo szczęśliwy. Mi też można wiele zarzucić, już czasami nie wytrzymuje i krzyczę czasami nawet przeklinam, wydaje mi się żebym miał innych rodziców,bardziej kulturalnych, żeby się szanowali, a nie jak w średniowieczu gdzie kobieta nie miała zdania.  Mamie też mam trochę do zarzucenia. Formalnie to <br />
są moi rodzice ale ja nie uważam ich za rodziców. Kiedyś ojciec krzyczał że jeśli mi tu tak źle to proponował mi jakąś adopcje nie wiem czy jest coś takiego,jestem przekonany że mówił to żeby mnie nastraszyć, a gdyby była taka możliwość to z wielką radością bym chciał. Chciałbym być jak najszybciej szczęśliwy ale nie wiem czy to możliwe. Nie daje mi to spokoju nie mogę się na nauce skupić, jeszcze nigdy nie miałem tak słabych ocen. W szkole zachowuje się normalnie, śmieje się, a w domu nie mam na to ochoty. Staram się dużo czasu spędzać po za domem(szkoła,basen,treningi),nawet nie wiedzą co trenuje bo oni i tak by nie byli zadowoleni, mało rzeczy jest z których mogą być ze mnie dumni jeśli w ogóle są, rodzice najchętniej by chcieli mieć syna jako jakiegoś prezesa dużej firmy co ma dużo pieniędzy. A dla mnie pieniądze nie są najważniejsze, bez pieniędzy też można być szczęśliwym i do tego będę się starał dążyć  Sylwestra w tym roku nie spędzałem poszedłem przed 12.00 spać ale i tak nie mogłem usnąć tylko płakałem pod kołdrą że jestem sam i nie mam nikogo. Gdybym chciał mógłbym iść gdzieś na impreze ale nie miałem ochoty i pewnie jeszcze długo nie będę się bawił ze znajomymi. Święta spędziłem w podobny sposób co sylwestra. Nie długo mam 18 urodziny i najchętniej bym je spędził w podobny sposób bo nie chce mi się już udawać że wszystko jest w porządku uśmiechać i rozmawiać, ale postanowiłem że zaprosić część rodziny ponieważ bym sobie nie wybaczył że wtedy kiedy powinienem mieć uśmiech to mam łzy, moja sytuacja psychiczna by się pogorszyła. Czym dłużej o tym myślę to sobie różne rzeczy wmawiam nie wiedząc czy to prawda. W ogóle mało wiem o swojej rodzinie nie wiem jak się rodzice poznali jacy kiedyś byli gdzie pracowali. To wszystko mnie przerasta odbiera mi to sens życia, doszedłem do wniosku że nie mam odwagi czegoś sobie zrobić, być może nie doszedłem jeszcze do takiego stanu,wolałbym żeby coś mi się stało (żeby mnie samochód potrącił lub coś podobnego żebym miał spokój), kiedyś koleżanka mi powiedziała że jestem odważny że bym chciał pojechać do Afganistanu na misje pokojową jako żołnierz że nie bałbym się że już nie wrócę, a ja wcale nie jestem odważny tylko pojechał bym tam żeby stracić życie. Gdybym wiedział że takie coś mnie czeka wolałbym się nie urodzić i się nie męczyć,nie wiem czy byłem planowanym dzieckiem.<br />
Doszedłem to wniosku że muszę jak najszybciej się wyprowadzić z domu, na razie nie mam dokąd ale może wkrótce i postanowiłem że jak by mi się sytuacja ustabilizowała to pomógł bym matce,ale nie wiem czy by chciała bo już jej się pytałem, wtedy zerwałbym kontakt.<br />
Napisałem to na forum ponieważ nikomu jeszcze nie mogłem o tym powiedzieć,ogólnie byłbym w stanie to komuś powiedzieć ale nie w mojej obecnej sytuacji. Cieszę się że mogłem część swoich problemów wyjawić. Nie liczę na żadne odpowiedzi, nikt nie musi marnować czasu i tego czytać, ja i tak będę żył ze świadomością że ktoś o tym wie i że poszło to w świat, napisałem to po to żeby poczuć się lżej, mam nadzieję że szybciej tej nocy zasnę nie przejmując się tym aż tak bardzo jak zwykle. Może to dla Was wydaje się śmieszne i łatwe może byście sobie dali radę mojej sytuacji, być może jestem słabszy psychicznie.<br />
Pozdrawiam i Dobranoc.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Co dalej mam zrobić?]]></title>
			<link>http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=946</link>
			<pubDate>Fri, 13 Jan 2012 10:46:53 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.psychowsparcie.org/forum/showthread.php?tid=946</guid>
			<description><![CDATA[Witam. Niewiem co dalej straciłem sens życia ckociaż nie do końca bo mam wspaniałe dzieci i one są sensem. Z żoną od pewnego czasu mi się nie układa. Myślę że to co było przed laty już się wypaliło ale mam nadzieję że nie. Bardzo mnie zkrzywdziła i wie doskonale otym. Chcemy zacząć wszystko od początku ale to nigdy nie będzie to samo nigdy.Trudno mi jest zaufać pomimo upływu czasu.Czasami mam dosyć tego wszystkiego ale piszemy nowy rozdział w naszym życiu. Chciałbym wyjechać z tąd zmienić otoczenie poznać nowych ludzi ale ucieczka to nie jest rozwiązanie. Czasami się zastanawiam czy nie zwariowałem. Sam już niewiem co mam robić w jakim kierunku iść. Czy odbudowywać to co było czy dać sobie spokój i zostawić to wszystko ale nigdy nie zostawię dzieci bo BARDZO JE KOCHAM]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Witam. Niewiem co dalej straciłem sens życia ckociaż nie do końca bo mam wspaniałe dzieci i one są sensem. Z żoną od pewnego czasu mi się nie układa. Myślę że to co było przed laty już się wypaliło ale mam nadzieję że nie. Bardzo mnie zkrzywdziła i wie doskonale otym. Chcemy zacząć wszystko od początku ale to nigdy nie będzie to samo nigdy.Trudno mi jest zaufać pomimo upływu czasu.Czasami mam dosyć tego wszystkiego ale piszemy nowy rozdział w naszym życiu. Chciałbym wyjechać z tąd zmienić otoczenie poznać nowych ludzi ale ucieczka to nie jest rozwiązanie. Czasami się zastanawiam czy nie zwariowałem. Sam już niewiem co mam robić w jakim kierunku iść. Czy odbudowywać to co było czy dać sobie spokój i zostawić to wszystko ale nigdy nie zostawię dzieci bo BARDZO JE KOCHAM]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>
